wtorek, 19 maja 2015

Gajcy. Krew i nadzieja






[Czesław] Miłosz poznał w okupowanej Warszawie środowisko „Sztuki i Narodu”, do którego należał Gajcy. Nie zgadzał się z nim ideowo. Dokonał też innego wyboru swojej drogi życiowej. Nie włączył się w działalność konspiracyjną, nie walczył w Powstaniu Warszawskim. Wszyscy redaktorzy „SiN” zginęli w czasie wojny. Sam Gajcy poległ w Powstaniu Warszawskim.

Również o wojnie Miłosz wielokrotnie krytykował ideologię „Sztuki i Narodu”. A jednak co jakiś czas Miłosz - Poeta potrafił o swoich ideowych przeciwnikach pisać pięknie.  Po lekturze „Pamiętnika” Andrzeja Trzebińskiego napisał:  

Nietrudno zestawić taką młodość jak jego z żałosną, pustą, bezkierunkową młodością pokazywaną w licznych francuskich powieściach i filmach. Nietrudno też zauważyć, że wszystko, co jest w nim głębokie i czyste zawdzięcza katolicyzmowi. (...) Wiara religijna została dźwignięta na stopień wyższy, jest osobiście przeżyta, jako odpowiedzialność za każdy dzień i każdą godzinę.

Może dręczyły go wyrzuty sumienia, a może w głębi duszy podziwiał ich młodzieńczy radykalizm prowadzący do śmierci na ołtarzu Ojczyzny?

Bohaterką wiersza jest matka Gajcego położna, która przeżyła wojnę i asystowała przy narodzinach braci Kaczyńskich. Kobieta, która zamiast cieszyć się synem, mogła go odwiedzać na cmentarzu. Czyż nie jest jedną z największych tragedii jakie mogą spotkać człowieka, opłakiwanie śmierci własnego dziecka? Czyż nie jest swoistym absurdem stawiać kwiaty na grobie tego, który miał być osłodą starości? Pięknie o tym pisał przed laty Zbigniew Herbert
 

Na chłopca zabitego przez policję

 

Tyle nocy bezsennych tyle par
pieluch lawina proszków do prania
tyle par bielizny zastrzyków pocałunków w ciepły pośladek
tyle klapsów
tyle nadziei tyle zapłakanych oczu
gdy nagle to wszystko zgniecione pod obcasem
jak niedopałek papierosa gdy szli do ataku
i jeszcze
jeszcze tyle śpiewu unosi się
nad miejscem nad którym tłucze się ziarnko pustki
nad ziarenkiem nicości 

Ileż takich matek przewinęło się przez dzieje Polski? Matek wiernych do końca wbrew wszystkim.




poniedziałek, 18 maja 2015

Pisarz labiryntów







F O R T E L

Przełożyła:


Historia, którą opowiem, to historia dwóch lu­dzi czy też może raczej historia wydarzenia, w którym wzięło udział dwóch ludzi. Samo wydarzenie ani ory­ginalne, ani niezwykłe ma zresztą mniejsze znaczenie niźli osobowość bohaterów. Obaj zgrzeszyli przez pychę, ale w sposób całkowicie odmienny i z odmien­nym rezultatem. Fakt (właściwie niemal anegdota) miał miejsce niedawno w jednym z amerykańskich stanów. Moim zdaniem nie mógł zdarzyć się nigdzie indziej.
W końcu 1961 roku na teksaskim uniwersytecie w Austin miałem okazję długo rozmawiać z jednym z protagonistów wydarzenia, które chcę opowiedzieć, doktorem Ezrą Winthropem. Jest on profesorem staroangielskiego (sam nie uznaje określenia “anglosa­ski", twierdząc, że ta nazwa kojarzy się z elementem dwuczęściowym). Przypominam sobie, że nie zaprzeczywszy mi ani razu, poprawił wiele moich błę­dów i zbyt śmiałych konkluzji. Mówiono mi, że w cza­sie egzaminów woli nie formułować żadnych pytań i zaprasza studenta do wypowiadania się na dowol­ny temat, pozwalając mu wybrać jakieś określone za­gadnienie. Winthrop pochodzi z Bostonu, ze starej purytańskiej rodziny i wiele go kosztowało nagięcie się do zwyczajów i przesądów Południa. Tęsknił za śnie­giem, zauważyłem jednak, że ludzie Północy umieją chronić się przed zimnem, tak jak my przed upałem. Obraz jego, trochę już zamglony, ukazuje mi wyso­kiego mężczyznę o siwiejących włosach, nie tyle zręcz­nego, ile mocnego. Lepiej przypominam sobie jego kolegę, Herberta Locke'a. Ofiarował mi on egzem­plarz swej książki “Toward a History of the Kenning", w której twierdzi, że Sasi wyzwolili się z tych cokolwiek mechanicznych metafor (“droga wielory­ba" zamiast “morza", “sokół bitwy" zamiast “orła"), podczas gdy poeci skandynawscy przeplatali je i łą­czyli aż do utraty sensu. Wspomniałem Herberta Locke'a, albowiem gra pewną rolę w mym opowia­daniu.
Teraz dochodzę do głównego bohatera, Islandczyka Erica Einarssona. Nigdy go nie spotkałem. Przyjechał do Teksasu w 1969 roku, podczas gdy byłem w Cambridge, ale listy wspólnego przyjaciela Ramona Martineza Lopeza sprawiły, iż miałem uczucie, że znam go doskonale. Wiem, że był gwałtow­ny, energiczny, chłodny w obyciu; w kraju ludzi wy­sokich mógł uchodzić za wysokiego. Z powodu ru­dych włosów, jak to było do przewidzenia, studenci ochrzcili go Czerwonym Erikiem. Był on zdania, że nie najlepszy slang w ustach cudzoziemca zmienia go w intruza, wobec czego nigdy nie używał skrótu O.K. Dobry badacz języków nordyckich, angielskie­go, łaciny i - choć się do tego nie przyznawał - nie­mieckiego, bez trudu wyrobił sobie markę na amery­kańskich uniwersytetach. Jego pierwszą pracą była monografia na temat czterech artykułów De Quinceya poświęconych wpływowi duńskiego na krainę jezior Westmoreland. Po niej napisał drugą na temat chłop­skiego dialektu w Yorkshire. Obie te publikacje zosta­ły dobrze przyjęte, lecz Einarsson był zdania, że je­go kariera wymaga czegoś bardziej spektakularnego. W 1970 roku w Yale opublikował obszerne wydanie krytyczne ballady o bitwie pod Maldon. Erudycja, jaką wykazał w przypisach, nie pozostawiała nic do ży­czenia, lecz pewne hipotezy zawarte we wstępie wzbu­dziły dyskusję w najbardziej elitarnych kręgach aka­demickich. Einarsson twierdził na przykład, że rodzaj ballady przypomina - jakkolwiek nie bezpośrednio -heroiczny styl fragmentów “Finnsburha", nie zaś opanowaną retorykę “Beowulfa", i że sposób, w ja­ki miejscami są w niej wplatane wzruszające szczegóły, jest interesującą zapowiedzią metod podziwia­nych, słusznie zresztą, w sagach islandzkich. Wniósł również pewne poprawki w tekście Elphinstona. Od razu w 1969 roku został mianowany profesorem uni­wersytetu w Teksasie.
Jak wiadomo, na amerykańskich uniwersytetach dość często odbywają się kongresy germanistów. Doktor Winthrop miał szczęście być delegatem na poprzednim kongresie w East Lansing. Dziekan je­go wydziału, który zresztą szykował się do roku wol­nego od wykładów, poprosił go, by zastanowił się nad kandydatem na następne spotkanie, w Wisconsin. W rzeczywistości było ich tylko dwóch: Herbert Locke lub Eric Einarsson.
Podobnie jak Carlyle, Winthrop wyrzekł się purytańskiej wiary swych przodków, pozostał jednak wierny ich zasadom etycznym. Nie odmówił swej ra­dy, jego obowiązek był zresztą oczywisty. Herbert Locke od 1954 roku nie skąpił mu swej pomocy przy opracowywaniu wyczerpującego wydania eposu “Beowulf”, które w pewnych określonych wypad­kach miało zastąpić edycję Klaebera, teraz zajęty był kończeniem czegoś bardzo przydatnego dla germanistyki: słownika angielsko-anglosaskiego, który miał oszczędzić czytelnikom niepotrzebnego nieraz szpe­rania po słownikach etymologicznych. Einarsson był o wiele młodszy. Jego pewność siebie ściągnęła nań ogólną niechęć, nie wyłączając niechęci Winthropa. Wydanie krytyczne “Finnsburha" niemało przyczy­niło się do zwrócenia ogólnej uwagi na jego nazwisko. Miał zacięcie polemiczne, na kongresie mógł ode­grać większą rolę niż milczący i nieśmiały Locke. Nad tym wszystkim zastanawiał się właśnie Winth­rop, kiedy stało się to, co się stało.
W “Yale Monthly" ukazał się obszerny artykuł na temat studiów nad literaturą i językiem anglosa­skim. Pod ostatnią linijką widniały nie pozostawiają­ce wątpliwości inicjały E.E., a jakby jeszcze tego by­ło mało, słowa University of Texas. Artykuł, napisany prawidłową angielszczyzną cudzoziemca, nie pozwa­lał sobie na najmniejsze uszczypliwości, był jednak utrzymany w tonie agresywnym. Autor stwierdzał, że rozpoczynanie studiów tego języka od eposu “Beo­wulf", dzieła starej daty, napisanego stylem retorycz­nym i wergiliańskim, jest nie mniej dowolne niż za­czynanie ich od zawiłych wierszy Miltona. Doradzał odwrócenie porządku chronologicznego: zaczęcie od “Grobu" z XI wieku, w którym pobrzękuje aktualny język, a potem cofanie się do początków. Co do “Beowulfa", wystarczy przedstawić jakiś fragment tego nudnawego eposu o trzech tysiącach wersów, na przykład rytuały pogrzebowe Scylda, powracające­go do morza, z którego wyszedł. Nazwisko Winthro­pa nie było ani razu wzmiankowane, lecz ten ostatni poczuł się osobiście dotknięty. Niewymienienie go nie miało znaczenia: ważne było, że podważono je­go metody pedagogiczne.
Do powzięcia decyzji pozostawało niewiele już czasu. Chcąc być sprawiedliwym, Winthrop nie mógł pozwolić, by artykuł Einarssona, ogólnie już znany i komentowany, miał wpłynąć na jego decyzję. Wy­bór był trudny. Któregoś ranka zjawił się w dzieka­nacie; tegoż popołudnia Einarssonowi zlecono ofi­cjalnie misję wyjazdu do Wisconsin.
W wilię dnia 19 marca, kiedy to miał nastąpić wy­jazd, Einarsson zjawił się w gabinecie Ezry Winthropa. Przyszedł pożegnać się i podziękować. Okno wychodzące na skośną, obsadzoną drzewami ulicę było obudowane półkami pełnymi książek. Einars­son od razu dostrzegł pierwsze wydanie “Eddy Islandorum" w pergaminie. Winthrop powiedział, że wie, iż Einarsson dobrze wywiąże się z nałożonego nań zadania, i że nie ma za co dziękować. Jeśli się nie mylę, ich rozmowa trwała długo.
- Porozmawiajmy szczerze - powiedział Einars­son. - Absolutnie wszyscy na naszym uniwersytecie wiedzą, że jeżeli nasz dziekan, Lee Rosenthal, za­szczycił mnie misją reprezentowania nas, zrobił to na skutek pańskich sugestii. Nie chcę pana oszuki­wać. To prawda, że jestem dobrym germanistą, języ­kiem mojego dzieciństwa jest język sag i mam lepszą wymowę niż moi koledzy z Wielkiej Brytanii. Moi studenci wymawiają cyning, a nie cunning, wiedzą również, że pod żadnym pozorem na wykładach nie wolno im palić ani pojawiać się w hipisowskich stro­jach. Teraz co do mojego zawiedzionego rywala: by­łoby w najgorszym guście, gdybym zabrał się do kry­tykowania go; na temat kenningów wykazuje on nie tylko źródłową, ale również dokładną znajomość prac Meissnera i Marquardta. Pomińmy jednak te dro­biazgi. Jestem panu, doktorze, winien osobiste wy­jaśnienie. Opuściłem mój kraj pod koniec 1967 roku. Jeżeli ktoś decyduje się na wyjazd w dalekie strony, niedwuznacznie narzuca sobie obowiązek, że się tam wybije. Moje dwie początkowe czysto filologiczne publikacje miały na celu tylko wykazanie moich umie­jętności. Rzecz jasna, że nie było to dosyć. Zawsze interesowała mnie ballada o Maldon, którą z niewiel­kimi potknięciami mogę deklamować z pamięci. Uda­ło mi się skłonić władze Yale do wydania mojej pra­cy krytycznej na ten temat; jak pan wie, ballada opiewa skandynawskie zwycięstwo, ale teza, że mia­ła wpłynąć na późniejsze sagi islandzkie, jest moim zdaniem absurdalna i nie do przyjęcia. Wspomniałem o tym, tylko by schlebić angielskim czytelnikom.
Teraz przechodzę do sprawy zasadniczej, do mo­jej polemicznej noty w “Yale Monthly". Jak pan wie, usprawiedliwia ona lub chce usprawiedliwić mój system nauczania, umyślnie wyolbrzymiając minusy pańskiego, który w zamian za narzucenie studentom owych trzech tysięcy zawiłych wersów opowiadają­cych jakąś niejasną historię, ofiarowuje im bogaty słownik, który - o ile nie przerwą tego, co robią - po­zwoli im później korzystać z całego corpus literatury anglosaskiej. Prawdziwym celem mego artykułu był wyjazd do Wisconsin. Pan, mój drogi, wie tak jak i ja, że kongresy nie są same w sobie wiele warte i powo­dują zbędne koszta, ale dobrze jest mieć je w swoim życiorysie.
Winthrop popatrzył na niego zaskoczony. Był in­teligentny, ale skłonny do brania wszystkiego zbyt serio, wszystkiego - tak kongresów, jak i wszechświa­ta, w końcu również mogącego być kosmicznym żar­tem. Einarsson ciągnął dalej:
- Może przypomina pan sobie naszą pierwszą rozmowę. Przyjechałem z Nowego Jorku, była to nie­dziela, stołówka uniwersytecka była zamknięta i po­szliśmy na lunch do “Nighthawk". Dowiedziałem się wówczas wielu rzeczy. Jako prawdziwy Europejczyk zawsze uważałem wojnę domową za krucjatę przeciw zwolennikom niewolnictwa. Pan dowodził, że Połu­dnie było w swoim prawie, chcąc odłączyć się od Unii i zachować własne instytucje. Aby nadać więk­szą wagę swej opinii, zaznaczył pan, że pochodzi z Północy i że ktoś z pańskich przodków walczył w szeregach Henry'ego Hallecka. Wychwalał pan również odwagę konfederatów. W odróżnieniu od innych mam dobrego nosa do ludzi. Ów ranek wystar­czył mi. Zrozumiałem, drogi kolego, że trawi pana specyficzne amerykańskie pragnienie bezstronności. Przede wszystkim pragnie pan być fair. Właśnie dla­tego, że jest pan człowiekiem Północy, usiłuje pan zrozumieć i usprawiedliwić racje Południa. Kiedy dowiedziałem się, że mój wyjazd do Wisconsin za­leży od pańskiej opinii, postanowiłem wykorzystać swoje odkrycie. Zrozumiałem, że zaatakowanie me­tody, jaką posługuje się pan w swych wykładach, jest najskuteczniejszym sposobem, aby zapewnić sobie pański głos. Natychmiast napisałem swój artykuł. Obyczaje miesięcznika zmusiły mnie do użycia inicja­łów, ale zrobiłem co mogłem, by nie pozostawić naj­mniejszych wątpliwości co do tożsamości autora. Niezależnie od tego rozgłosiłem wszystko między ko­legami.
Nastąpiła długa cisza, którą w końcu przerwał Winthrop.
- Teraz rozumiem - powiedział. - Jestem starym przyjacielem Herberta i doceniam jego pracę. Pan bezpośrednio czy też pośrednio mnie zaatakował. Odmówienie panu mego głosu mogło równać się re­presji. Porównałem więc wasze zasługi, a rezultat pan zna. - Potem dodał, jakby myśląc głośno: - Może chcąc nie okazać się małostkowym, uległem próżno­ści. Jak pan widzi, pański fortel nie zawiódł.
- Fortel jest odpowiednim słowem - odparł Einarsson - ale nie żałuję tego, co zrobiłem. Uczynię co w mej mocy dla dobra naszego uniwersytetu. Po­za tym zdecydowałem, że pojadę do Wisconsin.
- Mój pierwszy wiking - powiedział Winthrop, patrząc mu prosto w oczy.
- Jeszcze jeden romantyczny przesąd. Nie wy­starczy być Skandynawem, by być potomkiem wi­kingów. Moi rodzice byli dobrymi pasterzami Ko­ścioła ewangelickiego; w początkach dziesiątego wieku moi przodkowie byli może dobrymi kapłanami Tho-ra. O ile wiem, w mojej rodzinie w ogóle nie zdarza­li się ludzie morza.
- W mojej było wielu - odparł Winthrop. - Mi­mo wszystko nie różnimy się tak bardzo. Łączy nas wspólny grzech: próżność. Pan mnie odwiedził, by się poszczycić swym pomysłowym fortelem, ja popar­łem pana, by się poszczycić mą prawością.
- I jeszcze coś nas łączy - odpowiedział Einarsson. - Narodowość. Jestem obywatelem amerykańskim. Moje miejsce jest tu, nie w dalekiej Thule. Pan pew­nie uważa, że paszport nie zmienia charakteru czło­wieka.
Podali sobie ręce, po czym się rozstali.

OPOWIADANIE ZE ZBIORU



Andrzej Bursa




 

Andrzej Bursa, kiedyś, dawno temu, jeden z moich ulubionych poetów. Przebywał krótko w Krakowie – tyle na ile pozwoliło mu chore serce i bogowie, którzy ulubieńcom nie pozwalają się długo kłopotać z istnieniem. Urodził się w 1932, zmarł w 1957 roku. Pracował przez parę lat w małopolskim „Dzienniku Polskim”, gdzie i ja – wiele lat później – byłem zatrudniony na etacie i pisałem reportaże o perspektywach „małego miasteczka”. Nie wiadomo jak potoczyłyby się dalsze losy znakomicie zapowiadającego się poety, gdyby dane mu było żyć długo, jak Różewiczowi czy Szymborskiej. Wiadomo, że na starcie nie ustępował im talentem a kto wie, może przerastał ostrością języka. Poetycki prowokator, buntownik, swawolny Dyzio o bystrym, przenikliwym oku, ironicznym poczuciu humoru, dużej złośliwości. Należał do poetów, którzy nie mitologizują rzeczywistości a demitologizują, nie przyprawiają wierszom skrzydełek, a obrywają je – uzasadnień można doszukiwać się – jak już wspomniałem – nie tylko w jego osobowości, ale i w stalinowskim socrealizmie, przedrzeźnianym przez Bursę. W jego oryginalnych i przewrotnych pomysłach na wiersze dominantą bywa prościutka, przejrzysta konstrukcja, pozostająca na długo w pamięci. Przyznaję, że zgrzebna, przyziemna poetyka Bursy zawsze mnie bardziej przekonywała niż metaforyczna obłoczność także krótko żyjącego Baczyńskiego. Piekielnie utalentowany. Mimo iż upłynęło wiele lat od jego śmierci, te wiersze są nadal młode, żywe i na swój sposób współczesne. Pokazywanie języka, sarkazm, złośliwość były, jak już napomknąłem, reakcją na obowiązującą propagandę sukcesu, która w twórczości opiewała czyny pogodnych traktorzystek i przodowników pracy socjalistycznej. Nie sprowadzajmy jednak buntowniczego i czasami – powiedzmy sobie bez ogródek – szczeniackiego gestu młodego poety do antykomunizmu, bo byłoby to wielkim uproszczeniem. Tak samo jak nie można interpretować politycznie wierszy amerykańskiego Charlesa Bukowskiego, czy polskiego Janka Rybowicza. Tacy się widocznie niedostosowani urodzili. W poezji potrzebni są zarówno bezczelni Kuby Rozpruwacze, jak i wzniośli poeci metafizyczni; jej uroda bierze się z jej różnorodności i nieprzewidywalności.



Funkcja poezji

Poezja nie może być oderwana od życia
Poezja ma służyć życiu

Gospodyni domowa powinna:
wytrzeć kurze
wynieść śmieci
wymieść spod łóżka
wytrzepać dywan
nakarmić dziecko
pójść po zakupy
podlać kwiatki
napalić w piecu
przyrządzić obiad
wymyć rondle
wypłukać szklanki
wyprać pieluchy
zaszyć spodnie
przyszyć guzik
zacerować skarpetki
zapisać wydatki

i jeszcze
zrobić
tysiąceinnychrzeczyok-
tórychniemamypo-
jęcia
a potem lektura wielkich romantyków
i lu-lu...

Casanova

Giuseppe Casanova
któremu tak zazdrościsz
nie był wcale bardzo bogaty
ani bardzo silny
a jego epoka
znała wielu mężczyzn równie pięknych
jak on
lub piękniejszych od niego
ale był grzeczny
tkliwy
rycerski
i zawsze zdobywał
chociaż czasem mógłby bez tego
dopiąć celu
więc o ile chcesz
tak jak on
zdobywaj serca kobiet
i nie zrażaj się trudnościami
zacznij od własnej żony


Święty Józef

Ze wszystkich świętych katolickich
najbardziej lubię Józefa
bo to nie był żaden masochista
ani inny zboczeniec
tylko fachowiec
zawsze z tą siekierą
bez siekiery chyba się czuł
jakby miał ramię kalekie
i chociaż ciężko mu było
wychowywał Dzieciaka
o którym wiedział
ze nie jest jego synem
tylko Boga
albo kogo innego
a jak uciekali przed policją
nocą
w sztafażu nieludzkiej architektury Ramzesów
(stąd chyba policjantów nazywają faraonami)
niósł Dziecko
i najcięższy koszyk



Dno piekła

Na dnie piekła
ludzie gotują kiszoną kapustę
i płodzą dzieci

mówią; piekielnie się zmęczyłem

lub: piekielny dzień miałem wczoraj
Mówią: muszę się wyrwać z tego piekła
i obmyślają ucieczkę na inny odcinek
po nowe nieznane przykrości
ostatecznie nikt im nie każe robić tego wszystkiego
a są zbyt doświadczeni
by wierzyć w możliwość przekroczenia kręgu
mogliby jak ci starcy
hodowani dość często w mieszkaniach
(przeciętnie na dwie klatki schodowe jeden starzec)
karmieni grysikiem
i podmywani gdy zajdzie potrzeba
trwać nieruchomo w proroczym geście
z dłońmi uniesionymi ku górze
ale po co
dokładne wydeptywanie dna piekła
uparte dążenie
z pełną świadomością jego bezcelowości
ach ileż to daje satysfakcji.


Języki obce

Czy twój ojciec pali fajkę?
Tak mój ojciec pali fajkę
Yes, my father smokes the pipe
powtórz to zdanie
otworzy ci ono
o-
knonaświat
Gdy będziesz siedział na Broadwayu
w barze piękniejszym niż oczy szatana
spytają cię niezawodnie
czy twój ojciec pali fajkę
wtedy odpowiedz z uśmiechem
Yes, my father smokes pipe
Widzisz
jak to będzie cudownie


Kopniaki

Przyszedł rzeczowo żeby coś osiągnąć
ale już w pierwszych drzwiach kopniak
uśmiechnął się
kopniak wydał mu się dosyć dowcipny
spróbował znowu
kopniak
postanowił iść piętro wyżej
spadł znów na parter strącony kopniakiem
przywarował grzecznie w korytarzu
kopniak
kopniak w bramie
na ulicy znowu kopniak

więc zapragnął przynajmniej poetycznej śmierci
rzucił się pod samochód

i oberwał tęgiego kopniaka od szofera.

Miłość

Tylko rób tak żeby nie było dziecka
Tylko rób tak żeby nie było dziecka

To nieistniejące niemowlę
jest oczkiem w głowie naszej miłości
kupujemy mu wyprawki w aptekach
i w sklepikach z tytoniem
tudzież pocztówkami z perspektywą na góry i jeziora
w ogóle dbamy o niego bardziej niż jakby istniało
ale mimo to ...aaa płacze nam ciągle i histeryzuje wtedy trzeba mu opowiedzieć historyjkę
o precyzyjnych szczypcach
których dotknięcie nic nie boli
i nie zostawia śladu
wtedy się uspokaja
nie na długo niestety.


Modlitwa dziękczynna z wymówką

Nie uczyniłeś mnie ślepym
Dzięki Ci za to Panie

Nie uczyniłeś mnie garbatym
Dzięki Ci za to Panie

Nie uczyniłeś mnie dziecięciem alkoholika
Dzięki Ci za to Panie

Nie uczyniłeś mnie wodogłowcem
Dzięki Ci za to Panie

Nie uczyniłeś mnie jąkałą kuternogą karłem epileptykiem
hermafrodytą koniem mchem ani niczym z fauny i flory
Dzięki Ci za to Panie

Ale dlaczego uczyniłeś mnie Polakiem?


Nadzieja

Jeżeli nam się uda to coś my zamierzyli
i wszystkie słońca które wyhodowaliśmy w
doniczkach
naszych kameralnych rozmów
i zaściankowych umysłów
rozświetlą szeroki widnokrąg
i nie będziemy musieli mówić że jesteśmy
geniuszami
bo inni powiedzą to za nas
i aureole
tęczowe aureole
...ech szkoda gadać
Panowie jeżeli to się uda
To zalejemy się jak jasna cholera



Kasjer

Co on myśli ten facet
ten blady krętek
segregujący pieniądze
pomiędzy jednym a drugim kęsem bułki z kiełbasą
która jest wyrzeczeniem
na niekorzyść krawata
poprawiając krawat
kiedysiejsze wyrzeczenie bułki
krawat wyrzeczenie krzesło
palto niedzielne popołudnie
też wyrzeczenie
co on myśli
zwilżając palce jak higienistka
by sprawniej układać
stosy najwyższego piękna
najwyższego bo będącego tylko wyobraźnią
co on myśli
ten brzydal
urodzony dzięki wyrzeczeniu
i przez wyrzeczenie
rozmnażający się
segregując sztampowe staloryty
piękniejsze od Giocondy
co on myśli
jaka religia powstrzymuje go przed szaleństwem


Pantofelek

Dzieci są milsze od dorosłych
zwierzęta są milsze od dzieci
mówisz że rozumując w ten sposób
muszę dojść do twierdzenia
że najmilszy jest mi pierwotniak pantofelek

no to co

milszy mi jest pantofelek
od ciebie ty skurwysynie
Pedagogika

Z dziećmi trzeba surowo
Zamiast płaszcza łach
Ubierz łach
Zapnij łach
Szanuj łach
Ten łach to moja praca
Moje wyprute żyły
Ten łach
Moje stracone złudzenia
Moje niedoszłe posłannictwo
Moje złamane życie
Moja martwa perspektywa
Wszystko ten łach
Ubierz łach
Zapnij łach
Szanuj łach

Poeta

Poeta cierpi za miliony
od 10 do 13.20
O 11.10 uwiera go pęcherz
wychodzi
rozpina rozporek
zapina rozporek
Wraca chrząka
i apiat'
cierpi za miliony

Sobota

Boże jaki miły wieczór
tyle wódki tyle piwa
a potem plątanina
w kulisach tego raju
między pluszową kotarą
a kuchnią za kratą
czułem jak wyzwalam się
od zbędnego nadmiaru energii
w którą wyposażyła mnie młodość
możliwe
że mógłbym użyć jej inaczej
np. napisać 4 reportaże
o perspektywach rozwoju małych miasteczek
ale
.......mam w dupie małe miasteczka
.......mam w dupie małe miasteczka
.......mam w dupie małe miasteczka



Andrzej Bursa urodził się 21 marca 1932 r. w Krakowie, zmarł nagle 15 listopada 1957 r. Jego matka, Maria z Kopycińskich, nauczycielka, pochodziła z mieszczańskiej, katolickiej rodziny. Ojciec, Feliks, społecznik i również nauczyciel, po II wojnie światowej zaangażował się w działalność polityczną. Różnice światopoglądowe stały się przyczyną rozwodu rodziców Bursy (1947), a komunistyczne poglądy ojca – podłożem jego wieloletniego konfliktu z synem.
Podczas wojny Bursa uczęszczał na tajne komplety. Regularną naukę rozpoczął w roku 1945 w V Gimnazjum i Liceum im. Jana Kochanowskiego w Krakowie. W czerwcu 1950 przystąpił do matury. Nie zdał jej m.in. z powodów politycznych i w końcu zaliczył maturę eksternistycznie w roku 1951. W lutym 1952 r. poślubił Ludwikę Szemioth. Wkrótce przyszedł na świat ich syn Michał. Bursa zadebiutował 16 maja 1954 r. wierszem opublikowanym w „Życiu Literackim”. W tym samym roku rozpoczął pracę dziennikarza (działów rolnego, reportażu i kultury) w „Dzienniku Polskim”. Zajęcie to, znaczone interwencjami cenzury, podjął wyłącznie dla pieniędzy (z przyczyn materialnych przerwał w 1955 r. studia bułgarystyczne).
Przełomem w życiu Bursy był rok 1956. Rozpoczął wtedy współpracę z teatrem Tadeusza Kantora „Cricot 2” oraz kabaretem Piwnica Pod Barnami i aktywnie uczestniczył w życiu literackim Krakowa. Jego poglądy polityczne i poetyka wyklarowały się pod wpływem październikowej „odwilży”. Istnieją spory co do tego, czy Bursa należał do PZPR, czy był jedynie kandydatem – w każdym razie po Październiku definitywnie zerwał z partią. Wykreślił się również z ksiąg parafialnych deklarując swój ateizm.
Ostatnie miesiące życia poety to czas niepowodzeń. Debiutancki tomik Kat bez maski został odrzucony przez Wydawnictwo Literackie. Bursa zrezygnował z pracy w „Dzienniku Polskim” po tym, jak redakcja opatrzyła drastycznymi poprawkami cenzorskimi jego reportaż o Polakach wracających z ZSRR. 

JÓZEF BARAN; POETIKON


.


wtorek, 12 maja 2015

Z cyklu - to co lubię


JAN STRZĄDAŁA


UPADŁ NA KOLANA


Biały ptak języka nad milczącą kartką 
uniósł pióra
i obudziły się linijki 

Wiatr pochylonych liter
rozlał na papierze kilka trudnych słów 
ich czarne palce 
szukały przez chwilę rozbitej szyby pamięci 

ostrzyły pióra na szkle
słowa ubierały w pośpiechu 
czyste koszule 
zdań

O poranku 
krew zaimków 
oszalała 

parowały cudzysłowy 
pozostawiając nagie myśli 

nieme przeglądały się 
w lustrach łez
przecinki niecierpliwie 
oddzielały niemiarowo oddechy od tętna 

aż wykrzyknik przebił kartkę 
na drugi  brzeg zdania 
i zawisł
nad przepaścią 

upadł na kolana !

               Gliwice 12 04 2015 .



Bardzo lubię ten wiesz . Nie wiem czy go dobrze odczytuję , bo odbieram go jako proces tworzenia ,oddany w sposób oryginalny , nowy ,odznaczający się wielka wrażliwością , głębią myślenia ,różnorodnością skojarzeń, wynikającą z całego wewnętrznego bogactwa poety. Ten wiersz żyje , poeta pozwala nam w procesie jego tworzenia uczestniczyć emocjonalnie i  przeżywać go we własny , indywidualny sposób..Rozszerza on nasze widzenie i odczuwanie , poszerza naszą perspektywę , widzimy to ,czego wcześniej nie dostrzegaliśmy .Twórczość Jana Strządały jest  nowym   obrazem  w poezji ,  niezwykłym , niepokojącym jak to podkreślają recenzenci . .Jest to twórczość autentyczna  , wyrastająca z głębi osobowości , z intensywności przemyśleń i przeżyć.  ev




Paul Cézanne

MISTRZ MISTRZÓW

 
"Autoportret"

Paul Cézanne (ur. 19 stycznia 1839, zm. 22 października 1906) – malarz pochodzący z Aix-en-Provence, którego twórczość stanowi pomost pomiędzy impresjonizmem i kubizmem.

Paul Cézanne urodził się 19 stycznia 1839 w małym miasteczku Aix-en-Provence. Rodzina jego ojca pochodziła najprawdopodobniej z Włoch. Ojciec malarza, Louis-Auguste, był kapelusznikiem, co w tamtych czasach było zajęciem na tyle intratnym, że pozwoliło mu zbić fortunę, dzięki której w 1848 r. otworzył Bank Cézanne & Cabassol. Społeczność Aix-en-Provence nie do końca go akceptowała, po części ze względu na jego skromne pochodzenie, a także ze względu na fakt, że związał się z robotnicą i dopiero po przyjściu na świat dwójki nieślubnych dzieci zalegalizował ten związek. W 1852 r. Paul zapisał się do gimnazjum Bourbon, które ukończył wraz z Émilem Zolą.

Zgodnie z wolą ojca Paul rozpoczął studia prawnicze na uniwersytecie w Aix-en-Provence, jednak w rzeczywistości studia te zupełnie go nie interesowały. Równolegle do studiów uczęszczał na lekcje rysunku, wreszcie przerwał studia i postanowił całkowicie poświęcić się malarstwu. Po przyjeździe do Paryża w 1861 r., uczył się w Académie Suisse, studiując jednocześnie w Luwrze dzieła starych mistrzów. W 1869 r. poznał dziewiętnastoletnią modelkę Hortense Fiquet, z którą zamieszkał, zachowując jednak ten fakt w tajemnicy, z obawy przed tym, że jego ojciec nie zgodziłby się na ich związek. Wkrótce urodził im się syn Paul, o czym rodzina Cézanne'a również się nie dowiedziała. W czasie wojny francusko-pruskiej malarz wraz z Hortense i synkiem przeniósł się do Estaque, małej wioski pod Marsylią. W miejscu tym przebywał Cézanne kilkakrotnie w różnych okresach swojego życia. Często również malował okolice Estaque, ukazując na swych obrazach kominy fabryki cegieł, płytek i cementu, a także budynki położone na malowniczym wzgórzu nad morzem (te same okolice malował później również Georges Braque).

Ojciec Cézanne'a, Louis-Auguste, dowiedział się o związku syna z Hortense i o ich dziecku, chociaż sam Paul uparcie temu zaprzeczał. Aby ukarać syna, Louis-Auguste wypłacał mu jedynie niewielką pensję, wystarczającą zaledwie na pokrycie wydatków samotnej osoby. Stałe nalegania matki skłoniły go jednak do wypłacania synowi większych sum pieniędzy. Dopiero pod koniec swojego życia ojciec Cézanne'a zgodził się (po części dzięki siostrze malarza, Marie, która wiedziała o istnieniu nieślubnego syna Paula) na małżeństwo syna. Ślub odbył się 28 kwietnia 1886 r. w Aix-en-Provence, w obecności całej rodziny. Kilka miesięcy później - 23 października - Louis-Auguste zmarł w wieku 88 lat. Paul Cézanne odziedziczył po ojcu majątek, jednak nadal prowadził spokojne, samotnicze życie, szukając natchnienia w okolicach Aix-en-Provence.

W 1886 r. Émile Zola wydał powieść L'Oeuvre (Arcydzieło), która doprowadziła do zakończenia jego przyjaźni z Cézannem. Bohater tej powieści, Claude Lantier, to malarz pozbawiony mocy twórczej, który nie potrafił zrealizować swoich marzeń i w konsekwencji popełnił samobójstwo. Paul Cézanne rozpoznał w nim siebie. W krótkim liście podziękował Zoli za wysłanie mu powieści, po czym nigdy więcej już się nie spotkali.

15 października 1906 r., podczas pracy w plenerze, artystę zaskoczyła burza, w wyniku czego zaziębił się i stracił przytomność. Kilka dni później Cézanne zmarł na zator płuc. 


 

"Kąpiący się"

 

"Chateau"
Paul Cézanne was born into a family of Italian origin in Cesana Forinese. His father had established a felt hat business in Aix-en-Provence and later became a banker. In 1859 he bought a country house on the outskirts of Aix, the Jas de Bouffan, which was to be frequently represented in Cézanne’s paintings.

Between 1852 and 1859 Paul Cézanne studied at the Collège Bourbon and it was there that he formed a friendship with Emile Zola, with whom he shared an interest in literature. In 1856 Cézanne began to attend the evening drawing courses of Joseph-Marc Gibert at the Aix Museum. From 1859 to 1861 he studied law at Aix, entered his father’s bank. By April 1861 his father had finally yielded to Cézanne’s desire to make a career in art and allowed him to go to Paris to study at the Académie Suisse. In Paris Cézanne frequented the Louvre, met Pissarro and Guillaumin and, later on, Monet, Sisley, Bazille and Renoir. In September of the same year he was refused admission to the Ecole des Beaux-Arts and went back to Aix, to the great relief of his father, who offered him a position in his bank. But in November 1862 Paul Cézanne went back to Paris and took up painting again.


Zobacz "Atelier Cezanne'a"


Wpadnij tutaj:

poniedziałek, 11 maja 2015

WITOLD WIRPSZA


Witold Wirpsza w swoim mieszkaniu, 1965,
fot. East News

"Jeżeli mówi się ostatnio o renesansie poezji Witolda Wirpszy i Tymoteusza Karpowicza, to trzeba pamiętać, że, po pierwsze, jest to renesans o dość ograniczonym, lokalnym zasięgu, i że, po drugie, oba projekty świadomie sabotują wagę takich instytucji jak recepcja literatury bądź mechanizm kanonizowania dzieła, uniemożliwiając właściwe umieszczenie ich w perspektywie historii literatury. Sądzę wszakże, że to właśnie dzięki takim projektom historia literatury ma jeszcze sens. Poezja nie może być jedynie potwierdzeniem naszych doświadczeń, refleksji i przeżyć."
Jacek Gutorow:


 W roku 1970 Wirpsza wyemigrował do Niemiec na skutek obłożenia go przez cenzurę zakazem druku po publikacji książki "Polaku, kim jesteś?" Zamieszkał wówczas w Berlinie Zachodnim. Ubocznym skutkiem tej decyzji było zniknięcie poezji Wirpszy z szerszego obiegu - wydawały ją jedynie wydawnictwa drugoobiegowe, zaś dwa ważne tomy - "Cząstkowa próba o człowieku" oraz "spis ludności" ujrzały światło dzienne dopiero 20 lat po śmierci poety. Przyczynił się do tego Instytut Mikołowski oraz syn twórcy, Aleksander Wirpsza, poeta i krytyk literacki znany pod pseudonimem Leszek Szaruga.



Kiedy we wczesnych latach 70-tych zdobyłem - psim swędem albo jak kto woli - przez niedopatrzenie cenzury, tomik wierszy Witolda Wirpszy pt. "TRAKTAT SKŁAMANY", byłem szczęśliwy i zachwycony. Tomik kupiłem w państwowej księgarni na tzw. "loterii". Prawdopodobnie nie wiedziano, że Autor jest objęty zapisem. To był mój pierwszy kontakt z literaturą polskiego, współcześnie ze mną żyjącego pisarza emigracyjnego. Potem byli Hłasko, Taborski, Tyrmand i wszyscy inni. On rozpoczął trwającą do dziś, moją przygodę z polską literaturą emigracyjną.

Sławomir Majewski



.

Premiera "Listow z Oflagu"

WITOLDA WIRPSZY

 


Zaułek Wydawniczy POMYŁKA oraz Związek Literatów Polskich zapraszają na premierę książki Witolda Wirpszy Listy z oflagu, która będzie miała miejsce 13 maja 2015 w Domu Literatury w Warszawie (ul. Krakowskie Przedmieście 87/89) o godzinie 18.00
W promocji książki udział wezmą: Dariusz Pawelec, autor posłowia, który książkę opracował i opatrzył przypisami oraz Leszek Szaruga, który napisał przedmowę. Spotkanie poprowadzi Zbigniew Chojnowski.

 






Ukrzyżowanie Marii czyli

Pasja według Gibsona




O filmie „Pasja” w reżyserii Mela Gibsona tyle napisano, że nie powinienem pisać niczego więcej z obawy, iż skoro napisano tyle, to pewnie napisano wszystko. A jednak nie, moim zdaniem napisano nie wszystko... Wielokrotnie czytałem, że to film porażający widza (modne ostatnio słówko) udręką straszliwie biczowanego Jezusa. Owszem; udręczają te sceny nieludzkiego, zwierzęcego katowania i brak ludzkich cech u rzymskich oprawców ale czy właśnie to „poraża” oglądającego?

Tak się złożyło, że pewnego jesiennego dnia, tuż o poranku w 2004 roku obejrzałem w telewizji „Jezusa z Nazaretu” (1977) w reżyserii Franco Zeffirellego a o zmierzchu tegoż dnia, w gdańskim kinie „Helikon” (dawny „Leningrad”) zasiadłem by obejrzeć osławioną „Pasję” Mela Gibsona. W obu filmach Jezus jest biczowany i chociaż Zeffirelli (w przeciwieństwie do Gibsona) mniej taśmy poświęcił scenom dręczenia Zbawiciela, to zasadniczych różnic pomiędzy obiema superprodukcjami nie dostrzegłem; ot, dwa filmy o jednakiej, doskonale wszystkim znanej tematyce religijno-historycznej.

A więc chociaż zasadniczych różnic nie dostrzegłem, dlaczego podobnie do innych widzów nie zauważyłem, jak panie z obsługi zapalają światła, odsuwają kotary na schody wiodące ku wyjściu? Dlaczego nie wstałem natychmiast gdy pokazały się napisy końcowe a przecież w takiej chwili zawsze wstawałem? Dlaczego ta i ów, ten i tamci siedzą w milczeniu; niektórzy płaczą a jeszcze inni zakrywają twarze? I dlaczego, kiedy w końcu znalazłem się na ulicy Długiej, towarzyszący mi kolega zapytał
- A coś ty taki biały jak kreda?
Więc dlaczego byłem „biały jak kreda”? Dlaczego odmówiłem "pofilmowej" herbatki w pobliskim koktajl-barze i popędziłem do domu, gdzie do późnej nocy siedziałem przed wyłączonym telewizorem myśląc o tym, co zobaczyłem w kinie? Dlaczego?

Pewnego dnia zrozumiałem. Otóż "Pasja" jest filmem nie o męce Jezusa, tylko o męce Marii. Nie o męce Marii-Przenajświętszej Panienki, nie o cierpieniu Marii-Dziewicy, nie o umęczeniu Marii-Niepokalanej! To film o cierpieniach, katuszach i niemej „pasji” kobiety imieniem Miriam; matki chłopca imieniem Jezus, Joszue czy Jeszua, którego urodziła w Betlejem a wychowała na stolarza w Nazaret. "Czy może być coś dobrego z Nazaretu?" (J 1:46). Owszem, Maria i wszystko, co od Niej pochodzi.





Kiedy przedstawiciele Sanhedrynu plują w twarz Jej Dziecku, szarpią Je, ubliżają Mu - Maria widzi to, ale nie reaguje. Nie krzyczy, nie rzuca się na oprawców z pięściami, nie przeklina ich i nawet (co byłoby naturalne i oczywiste!) i nie błaga nikogo o litość dla swojego dziecka? A przecież tak zareagowałaby każda kochająca swoje dziecko kobieta, na widok doznawanych przezeń upokorzeń i cierpienia! Ale nie Ona, Maria; Ona nie protestuje i nie złorzeczy ani podczas sądu Piłata gdy zapada wyrok śmierci, ten błogosławiony dla nas wszystkich wyrok ani wówczas, gdy żołdacy katują Jej Syna w sposób wymyślnie potworny i nie do opisania; Ona zanurza tkaninę w kałuży Jego krwi. Nic więcej! Bo tak ma być! Bo Ona wie że właśnie takie, nie inne jest przeznaczenie Jej Dziecka a więc nie śmie i nie może protestować, nie śmie i nie może występować przeciw woli Najwyższego a Jej cierpienie w żaden sposób nie ma prawa przeszkodzić, aby się dokonało, co się dokonać musiało, żeby się wypełniło Pismo. Bo tak ma być! Bo także dzięki Jej męce, Jej niewidzialnemu dla nikogo poza Bogiem i Synem ukrzyżowaniu - Consummatum est!





Ale jest jedno ujęcie w tym filmie, dzięki któremu wszystko staje się oczywiste i zrozumiałe: to chwila, gdy Jej dziecko upada pod Krzyżem a Maria zrywa się, przedziera przez tłum i podbiega jak wtedy, gdy jako mały chłopczyk upadł; wtedy też podbiegła... Lecz teraz napotyka na wzrok nie Jezusa-dziecka tylko spojrzenie Tego, który już za chwilę, za kilka stacji i jedno pchnięcie włócznią, na wieki wieków stanie się Chrystusem, Synem Bożym. I Bogiem. Jego wzrok powstrzymujący Jej dłonie. Przypomnijcie sobie tę scenę!




Jeśli nie, to niby dlaczego Gibson nie zatytułował swojego filmu po prostu „Męka Jezusa Chrystusa” czy prościej - „Męczeństwo Jezusa”? Nie mam żadnych wątpliwości - dlaczego.

Sławomir Majewski
.

NOWY OBRAZ

DANUTY MAJEWSKIEJ

 Zwiastowanie.
55 x 32 cm; deska bukowa 115 lat, akryle