niedziela, 24 maja 2015

O poezji Jana Strządały

ANDRZEJ WALTER


I myślę kroplami wierszy


koraliki Przestrzeń poezji wkrada się z reguły w pory niczyje. W pory niedotykalne, w pory, kiedy cisza rodzi światło, kiedy światło rodzi nadzieję, a nadzieja bywa tylko delikatnym powiewem kojącym ból. Przestrzeń poezji, dlatego jest właśnie zawsze tajemnicą, że jako panaceum na świat i jego objawy przemówi do nas tylko wtedy, kiedy oczyścimy się z tego świata brudów wykraczając poza jego granice, bariery i dominacje. Ta przestrzeń jest tak drobna, tak mała i wątła, tak niezauważalna, że pędząca machina współczesności rozjeżdża ją brutalnie na tysiące świata stron.

I krąży tedy poezja, Bóg wie gdzie, Bóg wie jak, docierając pod niejedną strzechę. I rodzi się w nas, kiedy chce, jak chce, i włada nami czule, najczulej jak potrafi. I to droga, z której nie ma już odwrotu.

Lektura najnowszego tomu gliwickiego poety Jana Strządały napełniła mnie właśnie taką aurą. Aurą jasnej i cichej subtelności słów, które niczym tytułowe „Koraliki” układają się w Twojej dłoni czy tego chcesz czy nie. Warto spojrzeć w linię życia na tej dłoni. Warto zanurzyć się w misterny wszechświat Strządałowych metafor, podążyć przestrzenią Światła, natury, i losu, na przekór ciemności.

Jasne koraliki słów
układam
na granicy ciała

(…)

jasne koraliki słów
płoną
na śniegu

(…)

Koraliki słońca
drżą w pajęczynie o poranku

(…)

senne jeszcze elektrony
mruczą z miłości
(…)
a mgły i rosy
niosą
moje myśli
do nieba

spada na ziemię
kropla czysta
tajemnica
słowo


sobota, 23 maja 2015

Giovanni Marradi - Together Again (Отново заедно)

Rota przepiękna pieśń patriotyczna

POLSKA . Wybory Prezydenckie .24 05 2015.Walka o Wielką Stawkę !

Nie mów mi że jej nie kocham.Jan Strządała
                 Z tomiku Koraliki . Wydawnictwo Arka .


Walka o Wolność , Niepodległość ,Mądrość,  Uczciwość i Prawdę ! 24 maj 2015,



Nie mów mi  
że jej nie kocham
namów na ostatnią podróż

na Kresy
których nie ma

do serca
co Wisłą płynie

od gór przez Kraków
do morza

a źródła
jej śpiewają
że nie zginęła jeszcze

 na Miłość
która splamiona
do Gdańska
gdzie pordzewiałe krzyże

modlą się

w ciszy żelaznej
tak przerażone jak szczątki

biało czerwone
pod baldachimem "cara"

i kłamstwa
od morza do morza

     Gliwice 7 grudnia 2014


Ślad kuli.Jan Strządała

W katyńskim Lesie drzewa
nie mogą zasnąć
z bólu

Wilgotne liście dotykają ciemności
wystrzałów

w milczeniu kory
ślad kul
ogień granatowy

połamane gałęzie

w kałuży krwi
leży
medalik
niezapominajki

Krzyk sowy
niesie
tajemnicę polany
otwiera nocy ostatnią godzinę

przed świtem
miedzy drzewami
przemyka

jasna nitka modlitwy
rzeka Lete
płynie tak cicho
jak drzewa z bólu
milczące  na brzegu.


           Gliwice ,4 maja 2014








środa, 20 maja 2015

Potęga Słowa




ALBERT CAMUS
   „DŻUMA” 

„Tak - powiedział - To niemal niewiarygodne. Ale zdaje się, że to dżuma.”
Albert Camus, „Dżuma”



W naszym, ludzkim świecie, rzeczy nienazwane nie istnieją. Dopiero nadanie im miana powoduje, że coś (lub ktoś) „staje się”. Bo kim jest taki N.N.? Nikim; jakimś potwornym Nomen Nescio; człowiekiem bezimiennym, nienazwanym; Nemo czyli Nikt, jak nikomu nieznane, dopiero co odkryte stworzenie w głębinie. Krab? O, nie! Bo czyż może istnieć krab, którego jeszcze nie nazwano krabem a tym samym nie zakwalifikowano do odpowiedniej gałęzi drzewa wszelkiego żywota? Nie może istnieć, więc nie istnieje.

Jak mówi doktor Rieux? „Ale zdaje się, że to dżuma”. Rieux mówi to głośno w odpowiedzi na pytanie swojego kolegi po fachu, doktora Castel. I właśnie w tej jednej, straszliwej chwili to coś nieznanego, nieokreślonego a więc przerażającego, nabiera namacalnych wymiarów i kształt ostateczny. Oto ona, zaraza o straszliwym imieniu Dżuma; jeden z czterech Jeźdźców Apokalipsy, posłaniec zapowiedzianej od Boga Śmierci. Śmierci wszechobecnej i nieuchronnej w swojej najczystszej, wysublimowanej bo nareszcie nazwanej postaci. Bo  to Słowo powołuje do życia, jak milczenie sprowadza na życie ciszę grobowca. Nieprzypadkowo starożytni nakazywali wydrapywać imiona faraonów wyklętych, jak choćby Echnatona albo Hatszepsut, które Totmes nakazał po jej śmierci usunąć wszędzie tam, gdzie ta zaborcza i żądna władzy suka tyranizująca go przez ponad dwadzieścia lat, nakazała je wykuć na swoją wyłączną cześć i chwałę. Ale i ludzi przeklętych, jak choćby szewca-podpalacza Herostratosa. Wspaniała zemsta: milczenie...

Nim Rieux wypowie to, co nieodwracalne, jakby magicznym zaklęciem otwierał puszkę Pandory, życie codzienne w Oranie tam, na północno-afrykańskich rubieżach kolonialnej Francji toczy się według pisanych i niepisanych zasad, utartymi od tysiącleci szlakami gnuśnej i przyjaznej codzienności. Jest oczywiste, że owa przyjazność codzienności jest sporadycznie zakłócana zgonami z przyczyn równie „przyjaznych” bo znanych, jak nieuleczalne choroby, starcze zwyrodnienia, cicha śmierć niemowląt a wyjątkowo - nieszczęśliwe wypadki, zabójstwa czy samobójstwa. Lecz to wszystko mieści się w „normalnej” krzywej statystycznej zgonów, których ilość zawsze można było przewidzieć z dużą dozą prawdopodobieństwa dla „roku obrachunkowego śmiertelności”. Ale kiedy Rieux głośno mówi: „To dżuma” słowa te zmieniają wszystko; dla nikogo nie ma już odwrotu, nie ma żadnej bocznej furtki; dokonało się! Consummatum est!* I od teraz będzie już tylko coraz to więcej męki i więcej zapomnienia, jakbyśmy powiedzieli parafrazując tytuł powieści Osvaldo Soriano.

Więc teraz, kiedy „dokonało się”, Czytelnik może zapalić papierosa i wertując powieść Camusa zastanowić się, czy tak jest w istocie; czy słowo ma siłę sprawczą. Księga Rodzaju podaje: "A gdy tak się stało, Bóg nazwał tę suchą powierzchnię ziemią...”. Jak widać, nawet Bóg nazwał to, co stworzone a nienazwane, by zaistniało. Widać inaczej nie można. Głośne: „To dżuma” zmienia wszystko; jak gumką wyciera przyjazność codziennej błogosławionej śmierci, ścierając jednocześnie wszelkie dotychczasowe statystyczne krzywe, dane, liczby. I otwiera się przepastna głębia potworności cierpień, do tej pory zarezerwowana wyłącznie dla absolutnie nieuleczalnie chorych.

Jest niezmierne ważne dostrzec, że oto w Oranie Śmierć nie jest reprezentowana przez niewiastę o trupiej twarzy z kosą na piszczeli ramienia i w opończy z kapturem, do jakiej nawykliśmy dzięki Mistrzom średniowiecza, budowniczym katedr, ludwisarzom odlewającym Kostuchy na dzwonach, pracowitym kamieniarzom wykuwającym Anioły Błogosławionej Śmierci; nie. Ta Śmierć, orańska, przybiera postać kanalizacyjnych szczurów zdychających na naszych oczach w krwotocznych drgawkach i skręconych w agonii, wyjących z bólu i przerażenia umiłowanych żon, mężów, dzieci, kochanków i sąsiadów. Śmierć już nie stoi Ante portas*, już jest pośród uliczek, pustoszy miasto od wewnątrz; szarpie pachwiny, rozrywa płuca i nerki. Od tej chwili nikt nie jest zdrowy, bo Dżuma czyha wszędzie a zapyziałe miasto kolonialne Oran to jedno wielkie, przepastne i nienasycone mortuarium.

Pewnego dnia marsze szczurów zdychających w krwawych konwulsjach ustają, bo Śmierć wypaliła naszych Braci Mniejszych powołując ich do szczurzego Raju; teraz puka od domu do domu, powołując Ludzi. Wszystkie drzwi są naznaczone bo w Oranie od momentu w którym Rieux dżumę nazwał głośno Dżumą, wszyscy stali się Pierworodnymi przed obliczem Pana.

Chory Oran zionie pustką. Oczywiście, nadal jest pełen jeszcze zdrowych, jeszcze żywych ludzi; jeżdżą autobusy i tramwaje, piekarze wypiekają chleby, kawiarnie serwują wina i homary a dziwki ciągle prowadzają klientów do nędznych klitek „na pięterkach”. Ale Oran zionie pustką duchową, bowiem zniknęła pewność jutra; nikt nie może powiedzieć, że dożyje jutra więc każdy jest a priori potencjalnym zmarłym. Właśnie w tym sensie miasto jest opustoszałe; ludzie rozmawiają półgłosem albo po prostu milczą. Przy łożu konającego mówi się szeptem lub milczy a w domu powieszonego nie mówi się o sznurze. W Oranie nad każdą szyją zwisa sznur. Lina. Splot zdarzeń, który wszystkich ulokował pewnej godziny, pewnego dnia i tygodnia, pewnego roku w mieście, gdzie Śmierć spersonifikowana została jednym, jedynym głośno wymówionym słowem. Kiedy zatrzaśnięto bramy, gdy obstawiono Oran tyralierą żołnierzy gotowych strzelać do każdego, kto zechce opuścić zadżumione miasto, wtedy wszyscy zamknięci wewnątrz miasta pojęli, że zostali skazani podwójnie. Dla nich, dla osaczonych od środka i od zewnątrz nic już nie jest jak było. I nigdy nic już nie będzie jak było, bo każda Śmierć nazwana egzekwuje podatek „w imieniu i nazwisku”. W życiu. Pustoszeją kuchnie, sypialnie i łóżka. Kawiarniane stoliki tracą stałych bywalców, dziwki - alfonsów, alfonsi - zatrudnienie a tramwaje i autobusy pasażerów. Nawet koty nie znajdują swych odwiecznych ofiar, bo nic już naprawdę nie jest, jak było a to, co będzie...? O, to będzie zupełnie inne.

Ci, którzy zachorowali, nie mają nawet czasu zapytać dlaczego to ich spotyka, bowiem umierają prawie natychmiast w kałużach wymiocin, ropy, krwi i potu zaś ci, którzy jeszcze nie czują śmiercionośnego muśnięcia pytają w trwodze: „Kiedy ja?” A czasem, oczywiście: A jeśli ja, to dlaczego ja, dobry Boże? Dlaczego ja? Można snuć wielowątkowe rozważania nad Boskimi intencjami, lecz będą to tylko jałowe rozważania prostaczków, żeby nie powiedzieć – głupków, albowiem Bóg nie ma z tym nic wspólnego. Bóg nie sprowadza zarazy by wypaliła grzeszników; by poprzez Śmierć dokonać katharsis ludzkości, która grzesząc na śmierć zasłużyła po stokroć. Nie. Bóg umył ręce od naszych uczynków, miłych czy nie-miłych, dając nam Dekalog i wolną wolę. Bóg patrzy, jak zachowamy się w chwili próby i nasłuchuje naszych myśli; rozumiemy czy nie rozumiemy, że nie On, lecz właśnie my jesteśmy jedyną przyczyną, jedyną siłą sprawczą i motoryczną zarazy? Przecież gdyby Rieux nie wypowiedział słowa „dżuma”, gdyby jakiegoś kraba nie nazwano krabem, gdyby Boga nie nazwano Bogiem - śmierć tysięcy szczurów i ludzi nie zaistniałaby ot, więcej zgonów, zatem starczyłoby podnieść krzywą statystyczną i uznać nową wartość średniej za „normę.” Wszak jeśli większość populacji będzie karłowata i chora na syfilis, to syfilityczna karłowatość stanie się nie tylko normą ale i objawem krzepkiego zdrowia.

W obliczu zagrożenia, człowiek podejmuje wysiłek walki a ludzkie stado dzieli się na dowódców i żołnierzy. Nie wolno i nie można inaczej bo żeby przetrwać, trzeba stawić zorganizowany opór. W ogniu walki rodzą się bohaterowie. I tchórze. Ale w Oranie nie ma podziału na dowódców-lekarzy i żołnierzy-chorych wszyscy są chorzy po równo, bowiem jak głosi napis na zegarze ratuszowym w Lipsku: Mors certa, hora - incerta. W Oranie wszyscy stają się pacjentami bardzo cierpliwymi i dlatego „Dżuma” nie posiada bohatera. Albowiem żeby zaistniał Bohater, autor musi powołać do istnienia anty-bohatera a tego Camus nie uczynił. Dlaczego? I Camus i doktor Rieux są fatalistami i właśnie fatalizm nakazuje uczynić pisarzowi z Rieux nie tyle pierwszoplanowego bohatera ile Uczestnika. Rieux jest lekarzem i człowiekiem mądrym; on nie walczy z zarazą jako taką znając jej potęgę i swoją małość. Nie walczy ale może niwelować jej wszechmoc, niosąc ulgę cierpiącym przez nacinanie dymienic i dodawanie otuchy żywym i jeszcze zdrowym słowami pociechy, jak duchowy przewodnik. Jak filozof rozumiejący bezsiłę człowieka w zderzeniu z wyrokami Boskimi; fatum, ananke czy jak tam sobie chcemy nazwać to, co wypala Oran.

Jak wspomniałem, fatalizm czyni z Rieux nie bohatera lecz Uczestnika; on nie walczy z dżumą ponieważ wie, że c’est la vie a owo trafne c’est la vie zawiera prawdę prawd ostatecznych. To odpowiedź na odwieczne, dręczące ludzkość pytanie: dlaczego? To cena, jaką przyszło zapłacić nam, ludziom za jabłko, zjedzone w Raju przez Adama i Ewę.

W „Dżumie” to nie Bóg jest Bogiem ponad Oranem, Bogiem jest Camus; to on rozdziela karty życia i śmierci decydując, kto umrze a kto przetrwa. I nie zarazki moszczące się w rynsztokach i sypialniach Oranu zabijają, tylko Albert Camus-pisarz. Więcej - Albert Camus-Bóg. Dlatego jego powieść nie ma (podobnie, jak ludzkość), jednego bohatera. Owszem, Rieux jest postacią pierwszoplanową ale także dziennikarz Tarrou, doktor Castel, niedoszły samobójca Cottard i ów kosteryczny staruszek plujący na koty. Więc Rieux nie jest bohaterem zdarzeń w czas zarazy, tylko ich pierwszoplanową figurą; prawdopodobnie dlatego, że Camus-autor, Camus-człowiek go polubił.

Kiedyś, w jakiejś nieznanej, odległej przeszłości inny Rieux, w innych okolicznościach i towarzystwie głośno raz pierwszy wypowiedział sprawcze słowo „Bóg” i wówczas także: Dokonało się! Consummatum est! Magiczna siła Słowa objawiła ludzkości Moc, która nie powoduje trzęsień ziemi, nie decyduje o naszych świętościach ni zboczeniach; nie zarządza gradem, powodziami, wojnami, pandemiami ani tym, która córek ludzkich zostanie zbrukana a który syn człowieczy świętym. Moc, będąc Słowem jest wszystkim: nami i całym naszym Wszechświatem z jego hekatombami szczurzych i ludzkich ofiar zdychających w ów czas orańskiej zarazy. Dlaczego? C’est la vie.


 SŁAWOMIR MAJEWSKI


Ziemia Szatana













Wtedy, w Erytrei, załamał się drugiego dnia. Trzydzieści tysięcy uciekinierów, zagłodzonych kobiet, dzieci, starców i dwanaście tysięcy racji żywnościowych. Dla wszystkich nie starczyłoby nawet na jeden dzień. W magazynie lekarstw znalazł piasek i wychudłe pustynne szczury ogryzające wybebeszone skrzynie.
- Doktorze Finch, co z lekarstwami?
- Z lekarstwami? A czekamy na nie, panie kolego. Cały czas bardzo cierpliwie i nader uprzejmie czekamy na ten na transport, który miał przybyć w ubiegłym tygodniu. I bardzo uprzejmie ponaglamy, monitujemy, prosimy. Nasze serca rosną przez cały tydzień od bezustannych zapewnień tych skorumpowanych skurwysynów z ichniego ministerstwa, że transport jest w drodze.
- Ci ludzie umierają z głodu. Co gorsza, zauważyłem że nie każdy dostaje nawet te nędzne resztki ryżu. Dostaje jakaś jedna trzecia, może nawet jedna czwarta a reszta... Nie wiedziałem że tutaj są lepsi i gorsi, doktorze. Czy ktoś tutaj bawi się w Boga? To jest nieludzkie. Nieludzkie i niesprawiedliwe!
Finch wzniósł brwi.
- Wydzielamy racje żywnościowe przede wszystkim tym, którzy mają więcej sił od innych. Ale, skoro dla ciebie mój młody przyjacielu jest to nieludzkie i niesprawiedliwe, to jeszcze dziś rozdziel całą żywność między wszystkich bez wyjątku. Zapewniam, że pojutrze osobiście zaczniesz kopać dla nich groby. Zapomnij o sprawiedliwości. Zapomnij o sprawiedliwości i pięknych ideałach, którymi cię nafaszerowali. Ale przede wszystkim, zapomnij o chrześcijańskim miłosierdziu. Czy ktoś tutaj bawi się w Boga? Nie, tutaj nie ma Boga miłosiernego, Pana sprawiedliwych zastępów, kolego. Tutaj nie ma dla niego miejsca. Jesteśmy na ziemi Szatana, Pana bardziej niż bezlitosnego.
Doktor Finch pokręcił głową, wciągnął brzuch i wysunął z biurka szufladę, wydobywając z niej opróżnioną do połowy butelkę whisky.
- Młodzieńcze, nie z narcyzmu, tylko pragmatyzmu zacytuję samego siebie sprzed chwili: bardzo uprzejmie ponaglamy, monitujemy i prosimy, osobliwie w sprawie alkoholu.
Podniósł butelkę do spłowiałych oczu, popatrzył na złotobrązową ciecz i westchnął.
- Ostatnia resztka whisky w promieniu pięciuset kilometrów! To też jest niesprawiedliwe i niehumanitarne. Pojmuje pan mój ból?
Rozlał dwie równe porcje do szklanek, dolał wody.
- Milcz pan i pij. I zapomnij o kostkach lodu.
Nie patrząc na siebie, wypili bez toastu. Finch z westchnieniem żalu schował pustą butelkę.
- Sam nie wiem, po co ją chowam. Wszyscy wiedzą że jestem pijakiem. Ale też wiedzą, że od teraz nie będę mieć co pić. A wracając do naszych baranów.... Davidzie, jeśli naprawdę chcesz im pomóc, posiłkuj się w swoich działaniach teorią nieokiełznanego w swej dalekowzroczności staruszka Darwina, która głosi: przetrwają najsilniejsi. Bo czy nam się podoba czy nie, przetrwają tylko ci, którzy zachowają tyle sił, by doczekać cholernego transportu na który czekają. Inni umrą. Umrą bez względu na to, czy będziemy nad nimi płakać czy nie. To nie ma znaczenia. Tu nic nie ma znaczenia, tylko przetrwanie. A przetrwanie to transport. Kolumna ciężarówek albo helikoptery. To ma znaczenie. Tu od wieków czas liczono inaczej, niż w naszym świecie. Więc ratuj wyłącznie tych, którzy doczekają transportu. Jeśli tego nie pojmujesz, uciekaj do domu.
Nie uciekł. Zrozumiał. Potem były Kosowo. Srebrenica, Mogadiszu; już nie miał rozterek. Ani wątpliwości. Wiedział doskonale, że gdziekolwiek pojedzie, będzie wolontariuszem. Wolontariuszem Boga na ziemi Szatana, pana bardziej niż bezlitosnego. Czy był mocno wierzący? Nie, po prostu wierzył. Jemu znak był dany wiele lat temu, nie potrzebował dodatkowego wsparcia. Nie rozumiał Piotra i jego Quo vadis, Domine? On by nie uciekł. Na pewno nie? Na pewno nie. Znać siebie, to znać swoje możliwości. Znał siebie i możliwość swoje. Nie rozumiał tych, którzy mówili wierze, oczywiście że wierzę, ale mam pewne wątpliwości. Nie można trochę wierzyć. Albo się wierzy albo. Tertium non datur. Istota wiary zawarta jest w słowie wiara, czyż nie tak? Nie był dogmatyczny ani ortodoksyjny, jak ci pejsaci Żydzi których zobaczył na ulicach Jerozolimy i Tel Awiwu. Śmieszyli go ale szanował ich. Za upór. Nasi starsi bracia w wierze. I oprawcy Jezusa. Ale jak być jak oni bezwzględnie wierny zasadom Pisma? Człowiek nie jest Bogiem, tylko człowiekiem, na Boga. Słabym i omylnym poczciwcem, szlachetnym i wzniosłym tytanem. I kłamliwym, krwiożerczym skurwysynem. Skurwysynem? A co ze słowami na obraz i podobieństwo? Chodziło o duchowe, jak sądzę. Duchowe obraz i podobieństwo. A reszta od małpy z drzewa Darwinowego. Czemu nie, teoria łysego Karola nie musi się kłócić z Genesis. Na przykład Chłopiec z Taung na dowód. Zjadł go lampart? Lampart albo coś podobnego. Te dwie dziury w czaszce. Potem ktoś napisał, że to ślady po kulach. Boże, co za durnie! Wszędzie zwęszą sensację. A Chińczycy twierdzą, że nie pochodzą z tej samej linii co Homo sapiens sapiens, tylko od Homo erectus. Podobno w jaskini Zhiren znaleziono szczątki ludzkie, mające więcej niż sto tysięcy lat, niemające nic wspólnego z wywodzącym się z Afryki współczesnym człowiekiem. Podobno. Czyli że co, że Chińczycy to Pitekantropy? A swoją drogą ciekawe, ciekawe czy istnieje Wielki Bóg-Pitekantrop, taki skośnooki, żółtoskóry, w czerwonych jedwabnych ciżmach? Możliwe, czemu nie. Uśmiechnięty, tłuściutki, z wieloma fałdami brzucha wzdętego jak dynia. Mamy taką figurkę. Z laki. Owoc wyprawy do Szanghaju. Stoi obok Siwy tańczącego w kole. Potomkowie Pitekantropów, dobre sobie!   (Fragment)

Sławomir Majewski

.

wtorek, 19 maja 2015

Grażyna Łobaszewska Powiedz że powiedz jak

Widzisz... Umiem wszystko

Jan Strządała


To że Cię nie ma
jest wyciętym lasem
pustą łąką
czarną studnią w pół słowa krzykniętą
To że Cię nie ma
jest milczącym ptakiem
cichą ciszą
granatowym niebem
To że Cię nie ma
nie znaczy nic
Bo ja Ciebie
mogę  napisać najpiękniejszą w lesie
pobiegnę przez łąkę
i Ty czekasz
przy studni
ptak śpiewa
w granatowym niebie zapaliła się gwiazda
Kocham Ciebie
Widzisz umiem wszystko
Jesteś.


Poezja Jana Strządały  jego wielka wyobraźnia, raz poznana - nie daruje , wciąga czytelnika ,działa na najgłębszych pokładach duszy , u podstaw wrażliwości . . .Sprawia ,że już całe życie jesteśmy jej dłużni -bo staliśmy się inni .Poeta w swej poezji odkrywa inną  rzeczywistość ,poskramia czas , , rozświetla życie, przekracza jego bariery i horyzonty  ,zwycięża śmierć. . .  .Dzięki jego wierszom, dowiadujemy się co- kto inny widzi w świecie , który nie jest tym światem co nasz i którego pejzaże są dla nas nieznane  Odkrywane- okazują się rozległymi i pięknymi.To przybliża porozumienie -tak trudne , człowieka z człowiekiem ..  


Łąki ciemnieją .Z tomu Pochylone Niebo.
Jan Strządała.

Nie zapominaj we mnie
Żadnej złamanej trawy
nie wygładzaj żadnej zmarszczki
zmartwienie tylko
otrząśnij ze szronu

Powoli zapominam
zabierz mnie z tej ciszy
Oplątały mnie białe włosy
śmiertelne
puste trawy
Chmury najadły się słońca
i palą się
Ziemia
Białe stawy
na moich łąkach ciemnieją
idzie deszcz pustym niebem

Miałaś pod powiekami poezję
w jasnym kwadracie okna
tyle czystego
lubię jak się otwiera .






Testament “Sztuki i Narodu”


DZIĘKI UPRZEJMOŚCI  "RADIO MARYJA"



Pamięci Pana Zdzisława Tarasiewicza*

Gdy 16 sierpnia 1944 r. pod gruzami wysadzonej przez Niemców powstańczej placówki na ulicy Przejazd zginęli Zdzisław Stroiński oraz Tadeusz Gajcy, ostatecznie zakończył się żywot "Sztuki i Narodu", jednego z najważniejszych pism literackich w dziejach polskiej literatury.


 
 
Powstanie Warszawskie to także niezwykle ważna data w dziejach polskiej literatury. To umieranie – w walce lub na skutek odniesionych ran – wybitnych pisarzy pokolenia starszego: Juliusza Kadena-Bandrowskiego, Karola Irzykowskiego, i najmłodszego: Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, Józefa Szczepańskiego, to "śmierć" ich rękopisów ginących w płomieniach lub pod gruzami bombardowanych domów, to wreszcie zagłada rozmaitych instytucji budowanych cierpliwie i z wielkim narażeniem życia w okupowanym mieście. Artysta organizatorem wyobraźni narodowej
Żywot "Sztuki i Narodu" był tyleż wybitny, co dramatyczny i – liczony miarą kalendarza – krótki. Pierwszy numer "Sztuki i Narodu" ukazał się przecież 2 kwietnia 1942 roku, ostatni, szesnasty, z powodu wybuchu Powstania, nie zdołał już wyjść z konspiracyjnej drukarni i zachowała się tylko jego odbitka szczotkowa. Pierwsze numery miały bardzo skromny nakład – ledwie 150, 200 egzemplarzy, ostatnie już około tysiąca.


Szesnaście numerów i czterech redaktorów. Pierwszy, Bronisław Onufry Kopczyński, muzyk i publicysta, aresztowany na początku 1943 roku, zginął w obozie koncentracyjnym na Majdanku. Jego następca, Wacław Bojarski, zmarł na skutek rany odniesionej po sławnej akcji składania wieńca w maju tego samego roku pod pomnikiem Mikołaja Kopernika. Andrzej Trzebiński, trzeci redaktor "Sztuki i Narodu", został rozstrzelany przez Niemców kilka miesięcy później na Nowym Świecie. Los ostatniego redaktora, Gajcego, znamy.


CZYTAJ DALEJ