piątek, 31 lipca 2015
czwartek, 23 lipca 2015
Magazyn Literacki : Na rocznicę PKiN-u
Magazyn Literacki : Na rocznicę PKiN-u: 22 LIPCA dawniej "E. WEDEL"... DZIŚ ROCZNICA "DARU ZSRR DLA NARODU POLSKIEGO". ZAMIAST PLANU MARSHALLA. NA CO NAM P...
wtorek, 14 lipca 2015
niedziela, 28 czerwca 2015
Ewa Włodarska
Nie
masz już, nie masz w Polsce żydowskich miasteczek*
Człowiek
– Aaron z zaschniętą śliną na ustach, w porwanym
chałacie
wleczony po bruku (ma oczy jak szczenię zostawione
na
mrozie), i człowiek – tak, ten sam człowiek –
praży
Palestynę, w Strefie Gazy podpala Palestynę.
Wszystkie
dzieci spłonęły. Nie potrafiłem rozpoznać moich od dzieci
sąsiada.
Zanieśliśmy wszystkich, których byliśmy w stanie, do ambulansu...
Pytasz:
W jaki sposób naród ludzi bezwolnych
staje
się nagle narodem wojowników? Obrazy schną na wietrze,
teraz
pył się sypie na pyły z tego prochu, żeby świt wybielić.
Cyt,
cyt - dobiega ciche ocieranie ziaren,
wdzierają
się w jałowy sen, w pękate słoje dębów, które jeszcze
pamiętają
blask królewskich insygniów. Dawny sztetl,
często
przechadzasz się po pustych ulicach. Narew cicho szlocha
za
plecami. Dlaczego chlipiesz, staruszko? Co niosą twoje anielskie
włosy?
Mówiłeś:
Drzewa wiedzą więcej. Drzewa wiedzą.
Wiedziały
o świętej trójcy z ziemi – dołach dla wybranych. Gwiazdach,
które
ze ściółki odciskają twarze w lustrzanych liściach. Puls nie
ustał
do
dzisiaj. Na rozłożystych mchach mieni się niczym strugi Narwi
odbite
w
blasku księżyca. Lekka ziemia zniesie wszystko. Przytuli kości,
buty,
nadtłuczone
szkiełka zegarków, dziesięć przykazań.
Rzecz
w tym, że jest tylko
jeden
czas i jeden kadisz.
______________________________________________________
*
tytuł z wiersza A. Słonimskiego „Elegia miasteczek żydowskich”
Psy
szczekają za miedzą. Goja na sztalugach
Donieck,
5 sierpnia 2014 r.
Są
powody, by spisać tę księgę na nowo.
Te
dni są niczym wiatyk, kruche i wyraźnie
wrysowane
w sztalugi światowych zamieszek.
Warczą
na nas medialnie, szczują z mikrofonów
psami
wojny, odwetem w Mieście Róż. Już sierpień.
Na
rogatkach rozbłysnął biały kaszkiet. Z cienia
przypomina
łabędzia. Doniec pełen skrzepów
kipi
- z ran wypływają przezroczyste płocie,
karmią
nimi strudzonych. Wielu nie pamięta
kiedy
przejścia podziemne między przyczółkami
mostów
stały się drogą tuż ponad wzniesienia.
Wielu
nie dozna ciepła, nie dotknie kobiety.
Ukołysz
ich do lotu, dobry Panie. Przenieś
do
lepszych miejsc, bez planów na powroty. Płyną
błogosławieni
cisi, o pokornych rysach.
Po
której stronie mapy jest bezpiecznie? Tiszno!
Ostrzeżenia
zza miedzy dotykają bliskich.
Początki
już pod ziemią z orszakami mrówek.
Nie
wytłumią zarazy, krzyk zmatawia struny.
Błogosławieni
głusi o lodowych rysach.
Nie
upomną się o nich rodziny, rozproszą
świat
na grzbietach pokornych jak wcześniej spowiednic.
Kobiety
utkną w szybach, uronią tuziny
fal
- noszą je od dawna w kieszeniach na bilet.
Dzisiaj
pozostawiły miejsca święte, cerkwie,
które
tętnią od dziecka pod żebrami. Przynieś
przaśny
chleb, podziel słowo, narysuj na murach
prostą
drogę do domu, żeby nie zbłądziły
tysiące
z próśb o wolność. Kiedy zmrużę oczy
wszystko
będzie klarowne, brunatne jak węgiel.
Pomór pszczół
Wszystko,
co żyło w trawie, już się wyrodziło,
przetarło
sine Kręgi Polarne i Zwrotnik.
Ożył
obraz Van Gogha, nad łanem przelecą
hurtowe
zamówienia - imidaklopiryd.
Umieranie
rzecz ludzka. Gdy giną miliony
to
tylko statystyki - przemawiał batiuszka.
Powrót
do gniazd, królowych jest odrealniony
jak
filmy Buñuela, gry pozazmysłowe.
Niech
żądlą. Niech poczuje ich obecność każda
żywa
istota. Dadzą nam nieme świadectwo:
Tu
byliśmy. Nie milkną brzęczenia i szelest
ostatnich
chmar. Rozniosą powietrze na wióry
pośród
bilionów kwiatów. Feromony, larwy.
Peace
and love? Transformacja? Może transcendencja?
Nie
użądlą. Wydały już nieme świadectwo:
Byłyśmy.
Osypują się trąbki, odwłoki,
towarzyszy
atrofia serca, kończyn, mózgu.
Wszystko
topi się w wosku, zatapia w dwójniaku.
________________________________
___________________________________
INNE: Ewa Włodarska urodziła się w Krakowie. Z zawodu: technik budownictwa wodnego, licencjonowany impresario i magister ekonomii. Z zamiłowania mama dziewięciolatka i roczniaka, grafik – kreator, humanistka, pasjonatka poezji, literatury i sztuki. Organizuje i prowadzi wieczory autorskie (m.in. Eryka Ostrowskiego, Mariusza Bobera, Karoliny Grządziel, Pawła Podlipniaka i Piotra Gajdy, Janiny Góreckiej, Marka Radeckiego, Marty Półtorak, Izabeli Fietkiewicz-Paszek i Ludwika Perneya, Magdy Gałkowskiej i Marka Koneckiego, Doroty Surdyk, Jacka Kukorowskiego i Piotra Duha-Imbora, Wojciecha Roszkowskiego, Leszka Żulińskiego, Karola Samsela, Krzysztofa Schodowskiego, Roberta Rutkowskiego i Rafała Gawina). Pomysłodawca i współorganizatorka ARTYSTYCZNYCH ZDERZEŃ - cokwartalnego programu artystycznego, przybliżającego sylwetki artystów różnych dziedzin, z najodleglejszych zakątków Polski.
Pisze niewiele, co nie
przeszkadza w stałych prezentacjach jej wierszy na łamach prasy
literackiej. Dotąd uśmiechnęły się: POGRANICZA, Lamelli, KOZI
RYNEK, BLIZA, Migotania, przejaśnienia, FRAZA, SZAFA, PKPzin,
Apeiron Magazine, Latarnia Morska, KOFEINA, Nowa Okolica Poetów,
ARTERIE, TOPOS, AUTOGRAF. Udział w pracach zbiorowych i licznych
antologiach pokonkursowych. Tłumaczona na język angielski, serbski,
rosyjski i ukraiński.
W marcu 2014 roku
ukazał się debiutancki tomik autorki, zatytułowany "Perłofonia".
Osiągnięcia:
Trzykrotnie nominowana
do nagrody głównej w VI, VII i VIII OKP im. Kazimierza Ratonia.
Nagroda główna w Turnieju Jednego Ilustrowanego Wiersza Świdnicy
2012, Wyróżnienie w 53 OKP “O
laur czerwonej róży” 2012, I nagroda w OKP „Krajobrazy słowa”
2013,]Wyróżnienie w OKP “O liść konwalii” im. Z.
Herberta 2013, Wyróżnienie w OKP “O laur Opina” 2013, I Wyróżnienie w OKP im. Jana Śpiewaka i Anny
Kamieńskiej 2014, I Nagroda Publiczności w OKP im. Jana Śpiewaka
i Anny Kamieńskiej 2014, I Nagroda w OKP "O liść dębu" 2014, III
Nagroda w 55 OKP “O laur czerwonej róży” 2014, I Nagroda w
kategorii "Wiersz o Chrzanowie" w Konkursie "O Herb
Grodu Miasta Chrzanowa" 2015.
Wyróżnienie w ZŁOTYM ŚRODKU POEZJI w Kutnie za
ROK 1984
ORWELLOWSKI ŚWIAT, ORWELLOWSKIE WIZJE... ROK 1984 TO JEDNA Z TYCH KSIĄŻEK, PO PRZECZYTANIU KTÓRYCH, DO KOŃCA ŻYCIA NIE
ZAPOMINA SIĘ ICH PRZESŁANIA. BUDZĄC DRESZCZ, ZMUSZAJĄ DO DZIAŁANIA.
NIEWIELE TAKICH NAPISANO. "SZERSZEŃ", "CHATA WUJA TOMA" I... ZNOWU
ORWELL - "FOLWARK ZWIERZĘCY". LORD BERTRAND RUSSEL GŁOSIŁ: "LEPIEJ BYĆ
CZERWONYM, NIŻ MARTWYM." ROSYJSKI DYSYDENT WŁODZIMIERZ BUKOWSKI ODPOWIEDZIAŁ: "BĘDZIECIE I CZERWONI I MARTWI!" CZY JA TU O POLITYCE? NIE, O WIZJI ŚWIATA BEZ WOLNOŚCI SŁOWA, BEZ KTÓREJ NIE MA LITERATURY I SZTUKI ANI ŻADNEJ KULTURY ROK 1984 Sławomir Majewski
Geometryczna plaża
Angelina Sielewicz
Rozdział 1
Pamiętam,
jak Wengerowie mieszkali w domu na obrzeżach Paryża. Na
przedmieściach, na których niewiele było do roboty. W ich
miejscowości znajdowała się bulanżeria i fryzjer, może kilka
kafejek, ale nie więcej niż trzy. Był także kościół, merostwo,
szkoła, ale nie były to miejsca, które miałby jakiekolwiek
znaczenie dla Wagnerów. Było higienicznie-estetycznie, jak na to
lepszych paryskich przedmieściach. ZGODA, nasi bohaterowie mieszkali
na wsi, w domu z widokiem na pole, po którym jeździły traktory, a
na nich jeździli mężczyźni, a na mężczyznach kobiety. Tak,
rolnicy także lubią sobie pofiglować. Raz w przyczepie przyłapano
dwóch panów w gumiakach. Zadowalali się pod plandeką. Gdybyście
tylko widzieli, jak w pośpiechu zapinali szelki swoich
ogrodniczek... Niestety z okna domu Wengerów nie można było tego
dostrzec, co czyniło mieszkanie na wsi jeszcze nudniejszym.
Pozostawało
więc pielenie ogródka, koszenie trawy i przycinanie żywopłotu.
Zawsze jakąś atrakcją wydawało się nazbieranie jabłek z
przydomowej jabłonki i nakarmienie nimi okolicznych koni. W pobliżu
była stadnina, ale oni nie jeździli konno. Jeździli za to na
rowerze, ale też nieprzesadnie za często – może dwa, trzy razy
do roku. I to na stacjonarnym. Prawda jest taka, że woleli długie
spacery i kolacje przed ekranem komputera. Dużo pracowali, Delfina
jako grafik, Alex jako informatyk.
Mieli
na posesji basen, ale z niego nie korzystali. Gdy pewnego dnia ona
postanowiła go wyczyścić, stanowczo jej odradzał. Był święcie
przekonany, że pływają w nim zdechłe koty. W końcu nikt z basenu
nie korzystał od czterech lat, od momentu kiedy się tutaj
wprowadzili. Argument z kotami wyśmiała, basen wyczyściła i nawet
nalała do niego wody. Ale zanim się nagrzała, minęło lato.
Alex
i Delfina pobrali się, gdy byli jeszcze na studiach. Rodzice Delfiny
pozwalając jej studiować w Paryżu, nareszcie mieli przestrzeń,
jakiej od zawsze chyba pragnęli. Po jej wyprowadzce natychmiast
przystąpili do remontu domu na północy Bretanii. Pokój ich córki
stał się teraz gabinetem jej matki. Powiesiła w nim bordowe
zasłony w esy floresy oraz reprodukcję Maneta, na koniec
przytaszczyła – za pomocą sąsiadów płci męskiej – wielki
kredens po swojej babce. Czyniąc tych kilka prostych kroków,
sprawiła, że droga powrotu Delfiny do domu została zamknięta.
Jej
córka gdyby była swoją matką, już dawno miałaby dzieci. To było
głównym problemem matki, na który skarżyła się wszystkim
plotkarom z miasteczka; ubolewała, że jej pierworodna zamiast wyjść
za mąż, rozpoczyna kolejny kierunek studiów. Gdy więc Delfina
poznała Alexa, matka postanowiła sobie za cel oddać swoją córkę
w jego ręce albo oddać jej rękę jemu, czy jak to się mówi.
Delfina długo się opierała, nie po to wyjechała do Paryża, żeby
teraz słuchać matki. Ale żeby mieć święty spokój, zaręczyła
się z Alexem, choć sama nie pamiętała, czy to ona mu się
oświadczyła czy on jej.
W
tym okresie wiele balowali, mieszali whiskey z marihuaną i nie
tylko. Gdy przyjaciele i rodzina pytali się ich o okoliczności
zaręczyn, no, jak to było, opowiadajcie, oboje uśmiechali się
niezręcznie, odpowiadając, że zaręczyli się podczas przyjęcia
bożonarodzeniowego u ich przyjaciół. To była wersja, której się
trzymali, bo akurat tego byli pewni i to brzmiało na tyle dobrze, że
każdy mógłby to usłyszeć. Gdy ktoś z zadających pytania
podsuwał im gotowe rozwiązania, zwykle odpowiadali tak.
-
Podczas świąt, tak?
-
Tak.
-
Ale romantycznie.
-
Chyba tak.
-
Ale w jakim momencie? Rozmawialiście, tańczyliście?
-
Tak, rozmawia…
-
Tańczyliśmy.
-
Rozmawialiśmy w tańcu.
-
I tak po prostu Alex zapytałeś?
-
Tak. To proste pytanie.
-
I prosta odpowiedź.
-
Nic w tym trudnego, trzeba tylko wyczuć odpowiedni moment.
Odpowiednim
momentem tak naprawdę była kulminacja możliwości obydwojga, jeśli
chodzi o spożycie ponczu. Wylądowali razem w toalecie, bynajmniej
nie po to, by robić to, co dwoje młodych ludzi na filmach. Delfina
zafundowała muszli klozetowej coś, co jeszcze wczoraj znajdowało
się w muszlach: mule. Alex zwymiotował chyba cały zapas lodówki,
której drzwi kilka dni temu na siłę domykali. W tych
okolicznościach, gdy patrzyli na siebie, załzawionymi oczami,
postanowili się pobrać. Tak Delfina i Alex, po pół roku
znajomości, otrzymali status zaręczonych, którym mogliby się
pochwalić na Facebooku, gdyby tylko byłby już wtedy
rozpowszechniony we Francji. Alex chciał zaoszczędzić i kupić
Delfinie pierścionek zaręczynowy na Ebayu, ale jego narzeczona
wybiła mu to z głowy. Stanęło więc na jasnym szafirze otoczonym
niewielkimi brylancikami kupionym u jubilera.
Znając
matkę Delfiny, nie trudno się domyśleć, że po zaręczynach
zaczęła naciskać na ślub. Delfina i Alex zbywali ją jednak, ale
kiedyś, po cichu, wzięli ślub jedynie w obecności świadków. Za
trzeciego świadka robił pies. Skoro do wielu sklepów i restauracji
zabiera się psy – pomyślał raz Alex – to czemu by nie zabrać
naszego psa na ślub? Delfina nieraz potem myślała, że
przygarnięcie teriera o imieniu Thierry było dobrym pomysłem, bo
gdyby nie pies, być może zdecydowaliby się na dziecko. Ta forma
trójkąta wyjątkowo pasowała obojgu. I już tak zawsze miało być.
Niestety Thierry, po przeprowadzce do piątej zony aglomeracji,
został przejechany przez samochód.
W
piątej zonie, jak już zostało wspomniane, życie płynęło
niespiesznie. Alex wolał ćwiczyć swoje palce, stukając w
klawiaturę, zamiast doprowadzając nimi Delfinę do rozkoszy, jak
zwykł to robić na początku ich znajomości. Byli już cztery lata
po ślubie, spadek po wujku i awans Alexa pozwolił im kupić na
kredyt niewielki dom w Varennes-Jarcy. Lubili to miejsce, było
spokojne, uroczy był w nim kościół, tuż obok merostwa, który
otwierał się tylko w niedziele i to raz w miesiącu, podczas mszy.
Przed stopami merostwa, do którego prowadziły jasne, kamienne
schody, płynął ni to strumyczek, tryskała ni to fontanna. Raz
woda przybrała czerwonawy kolor. Jacyś nastolatkowie w noc
sylwestrową pozbyli się nadmiaru czerwonego wina w dość nietypowy
sposób. Francuzi nie lubią profanować wina, wolą go wypić, ale
nastolatkowie to przecież nie są jeszcze stuprocentowi obywatele.
Być może ze względu na takie głupie pomysły picie alkoholu od
2009 roku jest dozwolone we Francji dopiero od osiemnastego roku
życia.
Dni
w Varennes wypełniała im praca, długie dojazdy do niej w centrum
Paryża nie ułatwiały im nadrabiania w dziedzinie spędzania
wspólnego czasu. Delfina nawet w weekendy ślęczała nad
Photoshopem, pozbywając zmarszczek jakąś gwiazdę. Po co mam ją
fotoszopować, skoro ona i tak już jest w rzeczywistości
wyfotoszopowana, zastanawiała się Delfina, wygładzając fałdy na
bluzce, z której wyskakiwały sztuczne piersi. Alex próbował ją
od tego odciągnąć, ale jego żona upierała się, że to dodatkowe
zlecenie pozwoli szybciej spłacić kredyt. Czasami Delfinę
nachodziła myśl, że wiąże ich bardziej kredyt niż miłość.
Dlatego podchodziła wtedy do Alexa, gładziła go po karku,
ugniatała barki, po czym siadała mu na kolanach. Zaplątywała się
wtedy zwykle w kabel od słuchawek. Kupiła mu je, żeby nie słyszeć
ciągle przewodniego motywu z GTA czy innej gry, jaką sobie w danej
chwili jej mąż upodobał.
Dom
nie był wielki, ale na tyle duży, by mógł schować skarpetki
Alexa w kątach, pod kanapą, na dywanie. Delfina, zbierając
skarpetki, myślała o śmierdzących stopach, które chodziły po
dywanie. Dlatego prała go raz w miesiącu. Podczas jednego takiego
rutynowego prania, gdy jej mąż usiadł obok na kanapie i włączył
telewizor, Delfina zapytała go:
-
Kochanie, śmieci same wychodzą z kosza pod zlewem.
-
Zagnieździły nam się robale w kuchni? – zapytał zafascynowany,
jak gdyby Delfina zamiast o śmieciach oświadczyła mu, że wyszła
nowa gra komputerowa.
-
Mógłbyś go opróżnić?
-
Jasne, ale najpierw obejrzę Family Guya.
Delfina
dobrze wiedziała, co ta odpowiedź oznacza, ale uśmiechnęła się,
bo wiedziała, że to ona była tą osobą, której zależało na
utrzymaniu czystości. Domeną Alexa były raczej komputery, które
naprawiał błyskawicznie, jak ostatnio, gdy nieopatrznie ściągnęła
malware na swojego laptopa. Żartowała, że mąż informatyk przyda
jej się, gdy zrobi międzynarodową karierę i jej prace będą
wystawiane poza oceanem. W jej przypadku za oceanem oznaczało Wielką
Brytanię, którą oddzielał od Francji Kanał La Manche, notabene
stanowiący część Oceanu Atlantyckiego.
Kiedyś
zabrakło papieru toaletowego. To była zimowa niedziela, a więc
sklepy zamknięte. Wytrzymali bez papieru nawet w poniedziałek, bo
mieli za dużo pracy, by skorzystać z toalety. Potem – gdy tylko
mieli potrzebę – posiłkowali się papierem ręcznikowym. Gdy
natomiast tego zabrakło, Delfina musiała wyjąć z półki
serwetki, które kupiła specjalnie na zeszłoroczne Boże
Narodzenie. W środę, gdy Alex załatwił już to, co do niego
należało w toalecie, jak zwykle sięgnął dłonią na półkę
ułożoną z płytek tuż za muszlą klozetową. Jego ręka poczuła
wyjątkową miękkość materiału. Gdy serwetka znalazła się
jednak na wysokości jego wzroku, poczuł się jakoś dziwnie, że te
ładne renifery będą podcierać jego tyłek. „Delfina, ładne te
renifery, ale to ja już wolę ten różowy papier z pieskami” –
oznajmił po wyjściu z łazienki. Żona przytaknęła mu, spojrzała
na zegarek i zdecydowała, że dłużej tak żyć nie mogą. Środowa
wyprawa do sklepu po rolkę papieru toaletowego raz na zawsze miała
odmienić jej życie…
Gdy
Delfina weszła do marketu, jeszcze zanim doszła do sekcji z
mrożonkami, poczuła chłód. Ten rodzaj chłodu od dawna czuła
gdzieś wewnątrz siebie, ale nie miała czasu, by zastanowić się,
skąd on się bierze. Uważała, że nadmiar myślenia jest skutkiem
nadmiaru wolnego czasu, a na to nie mogła sobie pozwolić jako osoba
z kredytem. W większości przypadków myślenie było złe, bo
pozwalało zanurzyć się w depresji, a Delfina nawet nurkować się
obawiała, więc wszystkiego, co głębokie i pełne otchłani,
unikała jak ognia. Ognia zresztą też się bała.
Tego
dnia nie miała na sobie stanika. Biustonosze za bardzo ją drapały,
nosiła je więc tylko wtedy, kiedy sytuacja naprawdę tego wymagała,
jak na przykład rozmowa o pracę czy msza w kościele. Ponieważ
jednak i to, i to zdarzało się w jej życiu rzadko, przyzwyczaiła
się do nienoszenia biustonosza. To była jej manifestacja wolności,
wolności, za którą tęskniła, gdy spędzała wakacje u ciotki w
New Hampshire. Tam ludzie nie płacili podatków i nosili broń. I to
wydawało jej się piękne. Oczywiście, gdyby musiała zapłacić
2000 euro za godzinną wizytę w szpitalu, mówiłaby inaczej. Także
mieszkając w USA, nie otrzymałaby takiego wsparcia finansowego od
kraju jak w okresie, gdy przez pół roku nie mogła znaleźć pracy.
Ale i tak Stany Zjednoczone jawiły jej się jako świat idealny.
„Nasze babki uwolniły się od gorsetów, czas już najwyższy
uwolnić się od staników” – powtarzała koleżankom podczas
herbatek w bulanżerii. No cóż, każdy na różny sposób
manifestuje swą wolność.
Delfina
postanowiła być dobrą żoną i kupić Alexowi jego ulubiony papier
toaletowy. Od kiedy on lubi róż? – zaczęła się zastanawiać,
gdy szukała wzrokiem pożądanej marki papieru. Gdy sięgała po
ofoliowany zapas rolek na dwa tygodnie, niechcący strąciła wdowę
– samotnie stojąca na regale rolkę papieru. Rolka upadła na
podłogę i rozwinęła się, tworząc coś na wzór drogi, która
prowadziła tuż pod stopy jakiegoś mężczyzny. Bardzo ładne buty
– pomyślała. Jej wzrok powoli zaczął kierować się ku górze.
Lubię ciemny dżinsy, myślała dalej, gdy już dotarła do
wysokości rozporka. Zapowiada się niezłe ciacho, rozmarzyła się.
Po chwili jej oczy zatrzymały się na twarzy pryszczatego
nastolatka, poczuła wtedy lekką ulgę albo rozczarowanie. Nie
pozwalając sobie na jakąkolwiek refleksję, chwyciła pod pachę
opakowanie rolek papieru toaletowego i udała się w stronę kasy.
Gdy wrzuciła ostatnią monetę do maszyny, jej nos niemal
zaświergotał, to znaczy zrobiłby to z pewnością, gdyby tylko był
ptakiem. Przyjemny korzenny zapach otoczył ją i wniknął w jej
włosy. Pociągnęła nosem, szukając źródła tego zapachu, ale
nie znalazła. Wzięła więc rachunek i resztę, a papier toaletowy
pod rękę. Szybkim krokiem doszła do samochodu, weszła do środka,
zapaliła silnik, potem cygaretkę. Zaciągnęła się chwilę.
Zgasiła pospiesznie cygaretkę, kręcąc głową. I odjechała.
Zajechała
pod dom. Było już ciemno, wiatr był nieco bardziej porywisty niż
przed wyjściem. Zgrabnym krokiem doszła do drzwi wejściowych.
Wyjęła klucze z torebki i włożyła je w zamek. Ani drgnęły.
Otworzyła drzwi i weszła do środka. „Kochanie, dziwne, wydawało
mi się, że zamykałam drzwi na klucz, wychodziłeś gdzieś?” –
zapytała, wchodząc do salonu.
Weszła
do łazienki i zostawiła tam papier toaletowy, zabierając serwetki
z reniferami. Wróciła do salonu i zaczęła wspinać się po
schodach. „Alex? Alex?” – pytała po imieniu, myśląc, że tym
razem poskutkuje. Nadal jednak cisza. Doszła już niemal do ich
sypialni, tak starannie urządzanej przez nią przez te cztery lata.
To był jej ulubiony pokój z ogromnym łóżkiem, pikowanym,
skórzanym wezgłowiem i dywanem, najprawdziwszym perskim dywanem.
Jeśli Stany Zjednoczone były rajem, to ta sypialnia była bez
wątpienia oazą. Zza zamkniętymi drzwiami usłyszała jakieś
dźwięki. Jęki? – zapytała samą siebie. Poczuła nieprzyjemne
ukłucie w brzuchu.
Nigdy
nie zastanawiała się, co by było, gdyby Alex zainteresował się
kimś innym, bo jego zainteresowania ograniczały się właściwie
wyłącznie do komputerów. Romans z Larą Croft mógłby być nawet
ciekawą dykteryjką opowiadaną podczas rodzinnych obiadów. Świat
wirtualny wydawał jej się teraz taki bezpieczny. Jeśli mi to
zrobił, to jest strasznym skurwielem, myślała. Trzeba nie mieć
serca, żeby zabrać jakąś obcą babę do mojej oazy –
kontynuowała monolog w swojej głowie.
Wreszcie
zbliżyła się do drzwi i po chwili wahania otworzyła je, nie
wchodząc jednak do środka. Nie mogła, a raczej nie była w stanie
wejść. Jej nogi zamieniły się w granit, stały się tak
nieruchome, że aż twarde. Każdy mięsień był napięty. Na łóżku
leżał laptop z włączonym filmem o dwóch średnio urodziwych
blondynkach uprawiających zwierzęcy seks, obok łóżka jej mąż.
Jej własny, osobisty mąż, którego poślubiła pięć lata temu w
przypływie nagłego uczucia. Leżał tam, na perskim dywanie,
jeszcze sztywniejszy od niej samej. Spod jego głowy wyciekała
stróżka krwi, tworząc pokaźnych rozmiarów plamę.
Gdy
mięśnie Delfiny wreszcie się rozluźniły, chciała zacząć
krzyczeć, ale nie mogła, nie potrafiła. Jej dłoń uwolniła
serwetki z reniferami. Schyliła się po nie, złapała je i podeszła
do Alexa. Odruchowo zaczęła wycierać nimi jego zakrwawioną głowę,
a potem dywan. Krwi było tak wiele, że ledwie w niego wsiąkała,
Delfina rozcierała krew po dywanie, zataczając coraz większe
kręgi, jak gdyby malowała mandalę. W końcu przestała, gdy do
jej ślepi zaczęły napływać łzy. Wzięła w swoje dłonie głowę
Alexa. Po raz ostatni spojrzała w jego oczy, te sympatyczne błękitne
oczy. Zamknęła je. Na powiece jej męża pojawiła się kropla. A
potem na nosie, ustach, brodzie: jedna, druga, trzecia… Nigdy nie
lubiła, gdy widział, jak płacze. Nawet po jego śmierci nie
chciała, by był tego świadkiem.
Pani
Bonnet zerwała się z łóżka. Obudził ją ryk albo szloch.
Jeszcze nie wiedziała, skąd i od kogo lub od czego pochodził, ale
już czuła wewnątrz przeszywający ból. Taki ból, jaki czuje
matka po stracie swojego dziecka. Pospiesznie założyła szlafrok i
podeszła do okna. Po krótkich oględzinach doszła do wniosku, że
wszystko jest na swoim miejscu: jej ulubiona wierzba dalej rośnie,
jabłonka po stronie sąsiadów też. Huśtawka lekko się buja,
poruszana przez wiatr. Wszystko w normie. Ale o tym, że norma też
może niepokoić, wiedziała od dawna, zwłaszcza po zapoznaniu się
z filmami Tima Burtona. Amerykańskie przedmieścia były pozornie do
bólu normalne, ale pod płaszczykiem pospolitości nieraz kryło się
zło. Na tę myśl przeżegnała się.
Może
to koty? – zastanawiała się, dalej myśląc o ryku. Koty, to
takie okropne zwierzaki, które przechodzą przez ogrodzenie do
sąsiadów tylko po, żeby załatwić swoje fizjologiczne potrzeby.
Żadne tam polowanie na głaskanie w wykonaniu obcych ludzi, którzy
jeszcze mają do nich cierpliwość, w przeciwieństwie do
właścicieli. Po prostu prześlizgują się i bezczelnie robią
kocią kupę. Pani Bonnet nie była reprezentatywna dla swojej grupy
wiekowej, nie lubiła kotów i już. Przeganiała je miotłą ze
swojego ogródka, gdy przychodziły do niej tylko w jednym celu. Gdy
na potańcówkach w czasach młodości kawalerowie tańczyli z nią
również w jednym celu, też ich przepędzała. Taki już miała
charakter.
Ale
to nie był kot. To był bardziej szloch niż ryk, to za bardzo było
podszyte cierpieniem, żeby pochodziło od kota. Koty cierpią tylko
wtedy, gdy się je wyrzuci z ciepłego łóżka – myślała. Są
takie ograniczone, nie to co psy. Zawołała swoją suczkę Bellę, a
ta, gdy przybiegła, oparła swoje łapy o nogi pani Bonnet. Ta
pogłaskała ją po pysku, a potem usiadła na łóżku. Bella
położyła głowę na kolanach starszej pani. Zapewne myślała, że
wyjątkowo czymś sobie na to zasłużyła, ale to długie głaskanie
Belli było gestem uspokajającym staruszkę, która cały czas
zastanawiała się nad pochodzeniem szlochu…
.
PAPULEON
Andrzej
Walter
.
Il n’y a que la
vérité qui blesse
Rani jedynie prawda
Napoleon
Jedną
z ciekawszych postaci minionego wieku był austriacki filozof
polityczny i historyk idei Erik Maria Ritter von Kuehnelt-Leddihn.
Rozkoszowałem się ostatnimi czasy lekturą książki przywołanego
filozofa pt. „Demokracja – opium dla ludu”, wydanej dwa lata
temu przez Wydawnictwo Pawła Toboła-Pertkiewicza Prohibita. Żyjąc
w czasach pozornej pewności ukształtowanego ładu społecznego
warto zgłębić prawdy zawarte w tej pozycji. Choć można
uwzględnić słowa Slavoja Żiżka, że „prawda z definicji jest
jednostronna”. Jednak opis pewnych mechanizmów rządzących
demokracją oraz światem w jakim aktualnie żyjemy jest
wstrząsający.
Ukuło
się określenie, że dotarliśmy do końca historii, a ustrój
demokratyczny jest szczytowym osiągnięciem współczesnego
człowieka. Zatem nic nam już nie grozi. Przed nami tylko dolce Vita
i wizje dobrobytu. Skąd jednak wkoło tyle sytuacji i spraw
zakłócających te stany ogólnej szczęśliwości najlepszego z
systemów? Skąd ludzki niepokój o przyszłość i stawiane pytania,
czy rzeczywiście jest i będzie tak dobrze?
Skąd
tak gigantyczny brak wyobraźni? Z niewiedzy. Z ignorancji. Z
gnuśności i ociężałości intelektualnej. Z braku samodzielnych
poszukiwań społeczeństwa, które zadowala się bierną telewizyjną
bądź sieciową rozrywką. Społeczeństwo to wierzy w każdy rodzaj
kłamstw i manipulacji, byle tylko atrakcyjnie podanych i fachowo
dosolonych pseudonaukowymi odniesieniami. Tak dzieje się z
bredniami: o ociepleniu klimatu, o jednolitości płci, o równości,
o … . Tak moglibyśmy długo wyliczać i tworzyć całą listę
spraw obecnie propagowanych masowo i medialnie. Do tego dochodzi
jeszcze inny aspekt widzenia. Otóż (cytat ze słowa wstępnego)
„nie ma takiej bzdury, w
którą nie byłby gotowy uwierzyć współczesny człowiek, o ile
dzięki temu uniknie wiary w Chrystusa”.
Tak,
szanowni Czytelnicy, właśnie jest, i tylko fundujemy sobie efekt
łagodząco – znieczulający brnąc w teorie, w które chcemy
samoistnie uwierzyć, gdyż tak nam wygodnie. Póki co – jest
dobrze. Nic strasznego się jeszcze nie wydarzyło.
Warto
przybliżyć sylwetkę autora „Demokracji – opium dla ludu” –
Erika Marię Ritter von Kuehnelt-Leddihn.
O autorze ciekawie pisze Tomasz Gabiś w zakończeniu książki. To
człowiek wielu wyjątkowych zdolności i ogromnej wiedzy. Mówił
płynnie ośmioma językami, znał biernie i potrafił się
porozumieć jeszcze w jedenastu innych (między innymi w: japońskim,
węgierskim, hebrajskim i polskim). Jego książki, eseje i artykuły
ukazały się w 26 krajach świata w 15 językach. Problem z autorem
był jeden. Był zadeklarowanym – jak sam określał – „skrajnie
prawicowym katolickim liberałem” w stylu A. de Tocqueuville’a
czy lorda Actona. Jeśli jednak nałożymy jego wiedzę oraz erudycję
na okres, w którym żył i pracował, a przede wszystkim: widział,
doświadczał i przeżywał świat, to otrzymamy interesujący kadr
spojrzenia na zagadnienia stojące przed nami właśnie dziś. Wydaje
nam się, że demokracja jest najlepszym rozwiązaniem?
Przeanalizujmy punkt widzenia autora. To wielce pouczająca lektura.
Kuehnelt-Leddihn
jako surowy krytyk wszelkich totalitaryzmów musiał do zakończenia
wojny wyemigrować do Stanów Zjednoczonych. Nie przeszkodziło mu to
w wizycie Hiszpanii podczas wojny domowej. Po II wojnie światowej
osiadł na stałe w Austrii , był korespondentem w Moskwie, wykładał
na uczelniach Wielkiej Brytanii i USA, a nawet odwiedził Wietnam w
czasie trwania słynnej wojny z Ameryką. Człowiek nadaktywny, a
jednocześnie bezkompromisowo antyegalitarny. W naszych czasach
ujednolicania antropologicznego takie doświadczenia mogą stanowić
źródło innej perspektywy spojrzenia. Słowem, autor to postać
fascynująca.
„Kuehnelt-Leddihn
nie nazywał siebie „konserwatystą”, bo, jak twierdził,
musiałby wówczas konserwować np. demokrację pochodzącą wszak ze
starożytności, a tego jako krytyk demokracji i monarchista czynić
nie mógł. Zwracał
też uwagę na to, że Kościół katolicki nie jest konserwatywny,
gdyż tak jak żywe drzewo ma trwałe korzenie, zawsze ten sam pień
i stoi w tym samym miejscu, ale rośnie i zmienia koronę. Jako Miles
Christianus i wierny Tradycji homo catholicus uważał, że potrzebna
jest ofensywna obrona wartości chrześcijańskich, bowiem
cywilizacja europejska jest niemożliwa bez Kościoła i
chrześcijaństwa. Chrześcijaństwo z jego koncepcją człowieka
jako Imago Dei, człowieka-osoby i człowieka-twórcy stanowi wedle
Kuehnelt-Leddihna podwalinę wolności i jedyny skuteczny środek dla
jej zachowania.
(…)
Pisząc
o sprawach Kościoła i religii nigdy nie omieszkał schłostać
biczem drwiny „lewicowo-liberalnych” katolików, do których
żywił szczególnie mocną niechęć i których uważał za typowych
przedstawicieli dominującego w polityce i kulturze gatunku zwanego
przezeń „papuleonem”, czyli krzyżówki papugi i kameleona.
Kuehnelt-Leddihn uważał, że jakakolwiek „wyzwoleńcza teologia”
nie znajduje żadnego oparcia w Nowym Testamencie, który jest raczej
przesłaniem nierówności: słowo „isotes” (równość) nie
występuje w Nowym Testamencie, natomiast słowo „eleutheria”
(wolność) znajdziemy w nim wielokrotnie. Zwykł mawiać, że nie
ma równości ani w Niebie, ani w Czyśćcu, a jedynie w Piekle,
czyli tam, gdzie jest jej właściwe miejsce.”
My
natomiast, mamy dziś wszechobecną propagandę równości, której
nie powstydziłyby się sprawdzone wzorce nazistowsko-komunistyczne,
jeżeli wolno mi tak perwersyjnie zmieszać owe pozornie różne
prądy. System, w który żyje nam się miło i spokojnie to nie
demokracja. To liberalna demokracja, a to – zasadnicza różnica.
Splot czynników i elementów liberalizmu oraz demokracji powoduje,
że żaden z tych systemów nie jest prawdziwie sobą. Mamy przed
oczami specyficzną efemerydę, a jeśli głębiej przeanalizujemy
owe elementy i skonfrontujemy z tym co widzimy i tym, czego
doświadczamy ukaże nam się przed oczami nasz świat w całej
swojej jaskrawości. Ten świat nie jest w stanie poradzić sobie z
problemami i wyzwaniami współczesności. Ziemia się kurczy, wiedza
coraz bardziej komplikuje, a wielu ludzie coraz bardziej ciekawych
poszukuje zamglonych prawd zadając coraz więcej pytań, na których
po prostu brakuje odpowiedzi. Demokracja takich odpowiedzi nie zna.
„Najbardziej
palącym problemem naszych czasów jest ratowanie wolności, byśmy
nie doczekali chwili, gdy liberalną demokrację zastąpi totalna
tyrania”
„W
demokracji liberalnej występuje nieuchronna sprzeczność między
wolnością, a równością, które wykluczają się wzajemnie,
bowiem możemy być albo wolni albo równi.”
„Natura
nie zna równości ani identyczności. Wszystko, co identyczne, jest
także równe, ale nie odwrotnie. Chcąc zaprowadzić równość
trzeba użyć siły. Gdyby wszyscy ludzie mieliby być równi pod
względem intelektualnym, wszystkich głupich leniwych trzeba by
zmusić do wysiłku umysłowego, a mądrych na siłę ogłupić.”
Wnioski
z przywołanych wyżej cytatów – podanych w sposób naprawdę
prosty – nasuwają się same. Ludzie nie są identyczni. Nie byli i
nie będą. Nawet bliźnięta jednojajowe są odmienne.
Sprawiedliwość nie oznacza więc równości. W naszym świecie
jednak coraz częściej szafuje się hasłem „dyskryminacji”. I
tym sposobem popadamy w dziwne, nowe ideologie, nowe rozwiązania, w
których nawet mniejszość narzuca większości swój punkt
widzenia.
„Franz
Grillparzer (austriacki
dramatopisarz 1791-1872)
wyjaśnił, że w pewnych krajach wierzy się wprawdzie, że trzy
osły wydają jednego mądrego człowieka, ale wiele osłów >in
concreto< tworzy jednego osła >in abstracto< i jest to
zwierzę straszliwe”
Zostajemy
zatem ujednolicani i sprowadzani do jednego, wspólnego,
demokratycznego mianownika. Nasz świat deformuje wolne myślenie i
zamyka usta niepokornym. Nie zamyka niepokornych, tylko ośmiesza ich
poglądy, albo lepiej by zabrzmiało – wyśmiewa, gdyż ośmieszyć
bez logicznego uzasadnienia nie jest w stanie. Efekt jest jednak taki
sam. Pogląd niepopularny chowany jest pod dywan. A owo
ośmieszanie-wyśmiewanie powielane jest powszechnie oraz polewane
sosem karkołomnych pseudoargumentów. Istota działań zmierza w
kierunku sterowania ludzkimi emocjami. Powierzchnia pokazana
publicznie lśni czysto i pięknie. W głębi zieje pustka –
intelektualna, moralna, humanitarna.
„Niewiedza
wyborców nie jest wcale większa od niewiedzy wybranych.
Sporządzenie rocznego budżetu Parlamentu Europejskiego owocuje
tomiszczem obejmującym ponad 2000 stron. Pierwsze pytanie: Kto to w
ogóle czyta? Drugie pytanie: Kto mógłby fachowo ocenić ów
budżet? Odpowiedzi nie ma, ale przecież zawsze się nad nimi
głosuje! Czy demokracja w ogóle jest jeszcze aktualna? A może jest
czymś, co najprościej nazwać komedią?”
Nie
wiem dokąd zmierzamy. Rozważania autora nie pozostawiają
wątpliwości. Będzie to tyrania. Proces ten potrwa jeszcze jakiś
czas, ale na własne oczy widzimy jak element po elemencie demontuje
się stary świat zastępując go nowym. Pomysły są coraz bardziej
dziwne, wyrafinowane, szokujące. Tyrania pojawi się usankcjonowana
prawnie – w drodze demokratycznego wyboru. Sami na nią zagłosujemy
uprzednio przekonani (nie samodzielnie) , że tak będzie najlepiej.
Taka to perspektywa. Mało pociągająca.
W latach trzydziestych
minionego wieku do władzy doszedł Adolf Hitler. Został wybrany w
pełni demokratycznie. Był czas, że Komitet Noblowski rozważał
poważnie kandydaturę Kanclerza Rzeszy do pokojowej Nagrody Nobla.
Gdyby taka „pomyłka” nastąpiła, a naprawdę niewiele brakowało
, nie mielibyśmy dziś Nagrody Nobla. Ale spokojnie. Fundusze pewnie
przeszły by pod inne auspicje i nazwy, a świat kręciłby się
dalej. Demokratycznie. Hitler – nota bene – głosił wszem i
wobec, i uważał się za arcydemokratę. Korea Północna nadal jest
republiką ludowo-demokratyczną, a większość partii politycznych,
w nazwie bądź w programie, szafuje tym hasłem na prawo i lewo.
Cieszmy się zatem demokratycznie i nieświadomie chwilami w jakich
przyszło nam żyć, ale – śmiem prosić – nie porzucajmy
myślenia i poszukiwań. Nie porzucajmy analiz: historii, tradycji
oraz idei. Kiedy zneutralizuje się ostatniego wątpiącego możemy
obudzić się w Nowym Wspaniałym Świecie.
W
świecie bez klamek i drzwi. Opis ewolucji demokracji do tyranii,
który możemy znaleźć u Platona w jego Państwie
(księga 8 i 9), czyta się jak historię Niemiec u schyłku
Republiki Weimarskiej.
Niezależne
myślenie nie boli. Otwiera nowe horyzonty. Struktury, które znamy,
nigdy nie są i nie muszą być idealne. Świat, w którym żyjemy
ciągle usiłuje nam coś sprzedać. Idąc tym tropem wyczytałem
gdzieś, iż : przedstawiciele
ubezpieczeń – sprzedają ubezpieczenia; przedstawiciele branży
samochodowej – sprzedają samochody, przedstawiciele ludu –
sprzedają … lud.
Lud jednak zawsze może
przemówić własnym głosem.
Jeśli
tylko będzie miał jeszcze cos do powiedzenia …
.
Narasta na świecie niegodziwość i zło.
Uciekam w poezje , muzykę , literaturę i kontakt z dobrymi ludźmi, przed tymi czasami, które idą w kierunku wybuchu wielkiego zła , w którym niszczy się wszelkie wartości , w którym Kościół -nośnik tych wartości ,znajduje się w okresie takiego prześladowania ,które przewyższa nawet w nienawiści i bezwzględności, prześladowania chrześcijan w pierwszych stuleciach.Tymczasem tym co poddali się programowemu oddziaływaniu zła , dla uratowania ich , nie pozostaje nikt inny i nic innego poza Jezusem Chrystusem i krzyżem .Świat jest coraz bezradny wobec ataków terrorystów wymierzonych w niewinnych ludzi.Niszczymy tradycję , szacunek do przeszłości przejętej od poprzednich pokoleń.Coraz więcej kłamstwa , co przeczy wolności, która jest dobrem i prawdą . już raz w XX wieku niszczenie wolności wywołało reakcję totalitaryzmu , znów świat i Polska stoi przed taką groźbą .Z zachodu Europy i z Ameryki, idą ideologie godzące w podstawy ludzkiej moralności , godzące w rodzinę ,propagujące moralny permisywizm ,rozwody,aborcję ,manipulację życiem,na początku i na etapie jego schyłku.Program niszczenia ludzi jest wspierany olbrzymimi środkami finansowymi.Jest to kolejna odsłona totalitaryzmu ukryta pod pozorami demokracji.Rządząca partia PO w Polsce, domagając się rozdziału Państwa od Kościoła naśladuje komunizm..Społeczeństwo coraz słabiej się przed tym broni , całkowicie straciło zaufanie do elit politycznych które są nie godne szacunku, tak się swoimi działaniami skompromitowały.Do sejmu dostali się ludzie niegodni tego i przez 8 lat rządów w Polsce , zniszczyli cały dorobek wielu pokoleń . Jedyna nadzieja w nowym Prezydencie A. Dudzie i nowym rządzie, który musi zacząć od uchylania szkodliwych dla Polski ustaw i uchwał które rodzą poważne nadużycia .Ten rząd PO, cały czas swojego urzędowania, niszczył tożsamość narodową polaków, czego nawet nie było w takim stopniu, w okresie dyktatury komunistów PRL -u .Pocieszam się tylko tym że -NIE MA ZŁA, z którego Bóg nie mógłby wyprowadzić WIĘKSZEGO DOBRA.Pozostaje nam w to wierzyć ! ev
Jako komentarz załączam wiersz poety Jana Strządały z Gliwic .
Krew moich myśli . Z tomu ostatnio wydanego -Koraliki .
Moja myśl płynie z muzyką
przez liście mokre
Goni myśl ptaka
uciekającą z sieci
Zanurza się w studni
czarnej nuty
spadającej ze strun
żeby zapłonąć w ciszy Twojego
Klasztoru
Moja myśl otwiera okno
nad ranem
oczekując przypływu słońca
Tylko maj modli się
przy drodze
czerwonym makiem
zdziwiony szelestem traw
połyskujących kroplami
białych krzyży
Krew moich myśli
rozmawia z pamięcią Twojego serca
o Polsce.
Gliwice 18 maj 2014
Jako komentarz załączam wiersz poety Jana Strządały z Gliwic .
Krew moich myśli . Z tomu ostatnio wydanego -Koraliki .
Moja myśl płynie z muzyką
przez liście mokre
Goni myśl ptaka
uciekającą z sieci
Zanurza się w studni
czarnej nuty
spadającej ze strun
żeby zapłonąć w ciszy Twojego
Klasztoru
Moja myśl otwiera okno
nad ranem
oczekując przypływu słońca
Tylko maj modli się
przy drodze
czerwonym makiem
zdziwiony szelestem traw
połyskujących kroplami
białych krzyży
Krew moich myśli
rozmawia z pamięcią Twojego serca
o Polsce.
Gliwice 18 maj 2014
Subskrybuj:
Posty (Atom)


